sobota, 30 lipca 2016

Kpina z chrześcijańskiej eschatologii?

Zacznę od tego, że sam pamiętam czasy, gdy wszyscy (a nie tylko wierni) byli zwróceni w kierunku ołtarza, pamiętam mszę po łacinie (ministrantura też była po łacinie, choć przynajmniej ta, którą miałem, zawierała również tłumaczenia). 
Ale wówczas chodziłem do najbliższego kościoła (jakieś 50 m; parafia jest 3 razy dalej - 150 m), który jest kościołem oo. redemptorystów. Dziś nieco inaczej się kojarzą, ale sam mogę zaświadczyć, że byli bardzo postępowi - gdy tylko Sobór Watykański II wprowadził liturgię w językach narodowych, u oo. redemptorystów taka od razu była, zanim pojawiła się w kościołach diecezjalnych. 
I przyznam, że mnie to bardzo odpowiadało. Mój rodzony brat (15 lat ode mnie starszy) zawsze mówił, że jemu zabrakło sacrum po zmianie liturgii, ale mnie zmiana liturgii bardzo odpowiadała. 

Piszę o tym wszystkim w odpowiedzi na słowa Józefa:
Nie dziw się,że odwiedzam takie strony,ale do I-szej Kom.Św.przystąpiłem w 56 r.,mam z niej pamiątkę,czyli książeczkę(modlitewnik) z polskim i łacińskim tekstem,którą nadal zabieram gdy idę do kościoła.,z której przygotowuję się m.in do spowiedzi.
Ambonę w moim Kościele zdjęli mi ok.67-68 r.,więc byłem już wtedy dorosłym młodzianem.
Ale sentyment do tamtych Mszy Świętych,kazań głoszonych z ambony,gdzie mój śp.ksiądz Proboszcz potrafił niezauważalnie palcem mi pogrozić i tylko ja wiedziałem za co,Komunii Św. na kolanach pozostał i nic także na to nie poradzę.

Chcę więc pokazać, że doskonale rozumiem, że odbiór liturgii to kwestia indywidualna i każdy może inaczej reagować. Dlatego cieszy mnie, że są kościoły w których msza jest odprawiana w rycie trydenckim, bo każdy może wybrać to, co mu najbardziej odpowiada. 

Gorzej, gdy dzieją się takie rzeczy, jak witryna, w której przedstawia się Franciszka, jako fałszywego proroka - takie coś jest po prostu w Kościele niedopuszczalne: nikomu nie zależy tak na rozbijaniu jedności Kościoła, jak szatanowi. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do autentyczności troski o Kościół autora bloga, ale obawiam się jednak, że wbrew swoim intencjom autor Kościołowi wcale nie służy. 

Józef podał następującego linka:
https://franciszekfalszywyprorok.wordpress.com/2016/07/28/pierwsze-wystapienie-franciszka-w-oknie-kpina-z-chrzescijanskiej-eschatologii/

Dobitnie chcę podkreślić uczciwość tej notki przejawiającej się nade wszystko w podawaniu źródeł. 
Zdecydowanie zachęcam do przeczytania tej notki, ale sam przedstawię kilka cytatów:

W moim odczuciu wystąpienie Franciszka jest wyraźną parodią chrześcijańskiej eschatologii. W ogólnym nastroju entuzjastycznej franciszkomanii, bez choćby chwili uważnego przeanalizowania tego, co Franciszek rzeczywiście powiedział, nie jest łatwo dostrzec, że odżegnuje się on od zdrowej tradycji duchowości i praktyki chrześcijańskiej.

Zasadniczy problem w wystąpieniu Franciszka jest taki, że z miejsca czyni on z Macieja świętego, twierdząc w sposób całkowicie niezrozumiały, że jest on już w niebie. Skąd Franciszek wie, że Maciej nie jest jeszcze w czyśćcu?

Nie taka jest praktyka Kościoła, aby na podstawie zaangażowania w jakieś słuszne sprawy, choćby przy wydarzeniach religijno-społecznych, i śmierci z powodu choroby czynić z kogoś świętego i od razu go w praktyce go kanonizować, twierdząc że koniecznie musi być już w niebie. Nawet w przypadku osób prowadzących życie świątobliwe, Kościół zawsze zachęca do modlitwy za duszę danej osoby. Nie znamy jej sumienia i niczego nie możemy być pewni.
Święci, którzy są w niebie, powinni być dla nas przykładem wiary.
Aby stwierdzić, że ktoś jest w niebie, potrzeba wiele elementów. Świętość wymaga choćby heroiczności cnót. 
Czy Franciszek chce powiedzieć, że wszyscy, którzy angażujemy się w jakieś inicjatywy społeczno-religijne, trafiamy do nieba?
Jest rzeczą niesłuszną, wręcz parodią i wypaczeniem chrześcijańskiej eschatologii, jeśli nie modlimy się za naszych zmarłych, o zmniejszenia ognia czyśćcowego dla nich, tylko próbujemy się stawiać w ich obecności w niebie.
Wszystko ładnie, pięknie, tylko trzeba jeszcze zadać autorowi tej notki pytanie, czy Papież Franciszek przy tej okazji wygłosił formułę ogłaszającą Macieja świętym?
Skoro nie wygłosił, to po co tyle bicia piany?
Nigdy tu na blogu się do tego nie przyznałem, ale mam takie podejrzenia, że gdy przed 25 laty było poprzednie spotkanie ŚDM w Polsce, to na każdy dzień pielgrzymki na Jasną Górę (bo tam było to spotkanie) była przedstawiana sylwetka jakiegoś świętego - i to nie są podejrzenia tylko fakt. Ale moje podejrzenie są takie (choć tego nie wiem i być może posypią się tu oskarżenia o megalomanię), że w ostatnim dniu pielgrzymki była przedstawiana moja osoba. Czy to oznacza, że ktoś mnie ogłosił świętym? - no nie (choćby z tego powodu, że do dziś jeszcze żyję). Czy to oznacza, że jestem świętym? - też nie (choć zapewne osobiście ks. Prymas Józef Glemp udzielił zgody na takie przedstawienie, a gdy dwa-trzy tygodnie potem podszedł do mnie, gdy na ulicy syna uczyłem chodzić i powiedział "To on już umie chodzić?", to dobrze wiedział do kogo podchodzi). 
Nieszczęściem współczesnego człowieka jest to, że świętość traktuje jako jakąś abstrakcję, jako coś, co jego osobiście w ogóle nie dotyczy. Jeśli Kościół ma być żywy, to każdy, kto jest w tym Kościele, musi czuć, że wezwanie do świętości również jego dotyczy. Że aby zostać świętym wcale nie trzeba być księdzem (choć jak się spojrzy na statystyki, to zdecydowanie to pomaga), nie trzeba od małego dziecka mieć ku temu inklinację (np. bawić się w odprawianie mszy, a przynajmniej być dzieckiem-aniołkiem). Świętym może zostać każdy z nas i tych świętych spotykamy na każdym kroku - oni są pośród nas (choć być może nie jesteśmy tego świadomi). 
Jeśli przed 25 laty rzeczywiście było tak, że w ostatnim dniu pielgrzymki byłem przedstawiany, jako święty, to nie po to, by robić ze mnie świętego - lecz po to, by pokazać, że święci są wśród nas, że każdy z nas może być świętym i każdy jest wręcz wezwany do tego, by być świętym. Podobnie gdy Papież Franciszek mówił o Macieju, jak o świętym, to nie po to, by z niego robić świętego, lecz po to, by pokazać To jest jeden z was, znaliście go, pracowaliście z nim, był tak samo zaangażowany w ŚDM, jak wy teraz jesteście. Świętość dotyczy każdego z was, jest dostępna na wyciągnięcie ręki. Będziecie potrafili zostawić wszystko i wybrać Jezusa, tak jak Maciek wybrał, a będziecie już na zawsze należeli do Niego i już zawsze będziecie z Nim!
Taka jest wymowa tego przesłania i jeśli autor bloga tego nie zauważa, to widać jest takim emerytem, o jakim mówił Franciszek i marzy mu się Kościół emerytów, a nie żywy Kościół. Ja wybieram ten żywy :)

sobota, 23 lipca 2016

Dlaczego Bóg pozwolił na wojnę?

Wszystko zaczęło się od tego, że DEON zamieścił krótki fragment homilii ks. Piotra Pawlukiewicza:



Asmodeusz na swoim blogu podał link do tego filmu (chwała mu za to), ale napisał notkę, w której kompletnie przeinaczał sens wypowiedzi ks. Piotra, a to po to, by napisać:

Dziś narzuca mi się pytanie, czy znajdzie się w naszym kraju ksiądz, który nie grzeszy głupotą?
To pytanie jest w jakimś sensie obraźliwe i już teraz przepraszam wszystkich tych księży, którzy faktycznie na to miano nie zasługują. Tak mi się palnęło, po wysłuchaniu fragmentu homilii ks. Piotra Pawlukiewicza1, umieszczonego na portalu Deon.pl.

Gdy Basia przeczytała te słowa, a wiedziała, że znam ks. Piotra, napisała do mnie, bym tam zajrzał i zareagował. Napisałem tam

Asmodeuszu piszesz Idąc tropem jego myślenia nie należy się oburzać na zamachy terrorystyczne islamistów, w których ginie dziesiątki, setki niewinnych ludzi, bo taki jest plan Boga, bo być może w tych zamachach zginie ktoś na miarę nowego Hitlera., ale to nie jest trop mylenia ks. Piotra (on nie jest takim prymitywem, jak sugerujesz, by tak miał  myśleć) - to jest trop Twojego myślenia, który próbujesz mu wmówić. Bardzo mnie cieszy, że napisałeś tę notkę, bo dzięki Tobie więcej osób trafi do tego, co powiedział ks. Pawlukiewicz i wielu z nich ułoży się spojrzenie na sprawę.
Ks. Piotr powiedział tam Nie wiem, ja nie jestem Panem Bogiem. Ja tylko ufam, że się wszyscy bardzo zawstydzimy za te nasze mówienie "a dlaczego Pan Bóg tego nie zrobił?!" - i to jest istotą problemu. My nie wiedząc, nie dorównując Panu Bogu (bo niby jak byt niższy ma dorównać wyższemu), uważamy się za wszechwiedzących i sądzimy Boga! Tymczasem gdy już przejdziemy na tamta stronę i poznamy prawdę, nie pozostanie nam nic innego, jak wstyd.
I pamiętaj Bóg nie jest źródłem zła - byłaby to sprzeczność sama w sobie: zło jest brakiem dobra, tam gdzie jest Bóg, jest dobro, tam gdzie Go nie ma, jest zło. Bóg jedynie dopuszcza do zła (czyli do tego, by nie była odczuwalna Jego obecność), ale tylko wtedy, gdy z tego może wyprowadzić jeszcze więcej dobra. Mamy prawo nie rozumieć konkretnych przypadków, bo nasze spojrzenie jest bardzo mocno ograniczone (choćby tylko przez to, że my czas odczuwamy sekwencyjnie, nie jesteśmy w stanie czasu "zobaczyć" naraz. Ale wracając do kazania ks. Piotra, tak jak dziecko powinno ufać swoim rodzicom, że nawet gdy są dla niego surowi, to z miłości do niego tak czynią, tak i my powinniśmy ufać Panu Bogu. Po latach dorastamy do takiego momentu, że rozumiemy postępowanie naszych rodziców, tak i Bogu powinniśmy ufać i wierzyć, że kiedyś dorośniemy i wszystko stanie się dla nas jasne.

A po jakimś czasie (po odpowiedzi Asmodeusza) dodałem jeszcze: 

Asmodeuszu,
Bo jeśli wierzącym nie wolno pytać, bo się zawstydzą, to ja zapytam...
Usilnie próbujesz wmówić ks. Piotrowi coś, czego on nie powiedział. Gdzie masz stwierdzenie, że wierzącemu nie wolno pytać? Ks. Piotr mówił jedynie o wstydzie, jaki pojawi się u tych, którzy nie rozumiejąc dziejów, dziś oskarżają Boga za zło, do którego dopuścił, a który to wstyd pojawi się, gdy i oni zrozumieją dzieje. Przy czym ks. Piotr wyraźnie mówi, ze on sam dziś również nie rozumie (bo człowiek tu na ziemi nie może zrozumieć). I ks. Piotr niczego nie tłumaczy (co usiłujesz mu wmówić) - on jedynie pokazuje, że nawet posługując się tą samą prymitywną logiką z oskarżeń, na poczekaniu można wymyślić jakieś wytłumaczenia (tyle samo warte, co i te oskarżenia). Dopiero gdy i my będziemy poza czasem, będziemy szanse na rzeczywiste zrozumienie dziejów.
I bardzo Cię proszę staraj się na razie zrozumieć jedynie to, co do Ciebie mówię - mnie również (nie tylko ks. Piotrowi) nie przypisuj słów, których nie powiedziałem. Piszesz W żadnym przypadku nie przekonuje mnie twierdzenie, że tam gdzie jest dobro jest Bóg, tam gdzie jest zło, jest Szatan - przecież ja pisałem, że zło jest tam, gdzie nie ma Boga! To coś zupełnie innego. Szatan jest jedynie zbuntowanym stworzeniem, które poczuło się urażone tym, ze stojąc na wyższym poziomie (bo jako anioł, czyli istota duchowa, nie podlega ograniczeniom, jakie wnosi do naszego życia ciało) ma służyć człowiekowi. I ten urażony anioł chce teraz pokazać Bogu, ze człowiek nie zasługuje na takie hołubienie, jakim Bóg go obdarzył - stara się odwodzić człowieka od Boga tak, by ten tworzył wokół siebie pustkę bez Boga. Nie ma czegoś takiego, jak walka dobra ze złem (to jest tylko obrazek, który ułatwia tłumaczenie trudnych spraw dzieciom) - zło jest brakiem dobra. Ty, który sam mówisz o sobie, ze nie wierzysz w Boga, zapewne w swoim życiu najczęściej wybierasz to, co Ci mówi Twoje sumienie, a wiec choć się od tego odżegnujesz, idziesz za tym, co Ci mówi Bóg (bo sumienie to Jego głos). Czynisz więc dobro, bo jesteś tam, gdzie skierował Ciebie Bóg. Dopiero gdy zagłuszysz w sobie Jego głos, zaczynasz czynić zło. Szatan jest w tym wszystkim jedynie aktywnym obserwatorem. Aktywnym, ale tylko obserwatorem. Ty masz wolną wolę i to Ty wybierasz drogę. Szatan może Ci jakąś drogę podkolorować, by wydawało Ci się, że wybierasz dobro - on jest mistrzem kamuflażu i będzie cię zwodził, byś Ty wybrał drogę odległą od tej, którą wskazał Ci Bóg. Ale to Ty wybierasz - szatan nie jest w stanie Ciebie do niczego zmusić (Bóg by mógł, ale tego nie czyni, bo odbierając Ci wolność, nie dałby Ci szansy na to, byś nauczył się kochać). Cala sytuacja bardziej przypomina taką dziecięcą zabawę "zygu-zygu marcheweczka" (to jedyne, co szatan może zrobić Bogu), niż klasyczny obraz walki dobra ze złem. Szatan z góry jest skazany na przegraną i dobrze o tym wie.
I proszę pamiętaj, ze właściwą perspektywą życia człowieka, jest życie wieczne; perspektywa życia tu na ziemi, to tak jak zdjęcie z żabiej perspektywy, na dodatek zrobione "rybim okiem" - kompletnie deformuje prawdziwy obraz. W konsekwencji to użalanie się nad przerwanym życiem dziecka, jest uzasadnione jedynie z Twojej perspektywy - człowieka niewierzącego; z perspektywy wieczności, do której wierzący aspirują, to jakieś nieporozumienie. Dla człowieka wierzącego nie ma większego szczęścia od ujrzenia Boga w Jego obliczu. 

Te moje wypowiedzi zdecydowanie nie pomogły - Asmodeusz, jak to Asmodeusz (o czym kompletnie zapomniałem, bo od dawna z nim nie polemizowałem) tak, jak ks. Pawlukiewiczowi przypisywał zdania, których on nie powiedział, tak i ze mną postępował. Nawet w jakimś stopniu go rozumiem - jak się nie ma żadnych argumentów, to jakimś pomysłem może być polemika z własnymi myślami, które się wkłada osobie, z którą się polemizuje. 


niedziela, 15 maja 2016

Modlitwa wstawiennicza

Myślałem, że nie już będę pisać, że w przyszłym roku ukaże się Droga Krzyżowa, której większą część już napisałem i to będzie wszystko. Tymczasem nie zdzierżyłem bzdur, jakie Asmodeusz zaczął wypisywać na blogu Basi, gdzie modlitwę świętych zaczął nazywać protekcją tychże u Boga - próbowałem odpowiedzieć mu u Basi, lecz on wolał dyskutować sam ze sobą, a że tematu nie można tak zostawić, to odzywam się tutaj. 
Kluczowy jest tu cytat z Mateusza:

(19) Zapewniam was jeszcze: Jeżeli dwaj spośród was zgodnie o coś poproszą, otrzymają wszystko od mojego Ojca, który jest w niebie.  (20) Gdyż tam, gdzie dwaj lub trzej zbierają się w moje imię, jestem pośród nich. (Mt 18) 

A więc to sam Jezus pozostawił nam nakaz byśmy wspólnie się modlili - wręcz zapowiada otrzymają wszystko od mojego Ojca, jeśli tylko zgodnie o coś poproszą. Proszę też zwrócić uwagę na argumentację: Gdyż tam, gdzie dwaj lub trzej zbierają się w moje imię, jestem pośród nich. 
A więc podstawową różnicą między modlitwą indywidualną, a modlitwą wspólnotową jest obecność samego Jezusa w tej modlitwie! 

Nie od rzeczy więc będzie spytać, dlaczego Jezus tak silnie preferuje wspólną modlitwę? 

Odpowiedź wydaje mi się tak oczywista, że nawet nie wymaga podparcia cytatami - naszym celem tu na ziemi jest to, byśmy nauczyli się kochać. Bez tego niemożliwe by było pełne zjednoczenie z Nim - bo On jest miłością. 
A co jest największym zagrożeniem dla miłości? - skupienie się na sobie! 
I to dlatego Jezus tak zachęca nas do wspólnej modlitwy - proste, logiczne. 

Nasza modlitwa jest naszą rozmową z Bogiem - i od tego trzeba zacząć swoją naukę. Ale gdy już to opanujemy, gdy nasza modlitwa przestanie być odklepywaniem paciorka, a stanie się autentyczną rozmową, to ważne się stanie, by obejmowała co raz większy krąg ludzi. Im bardziej nasza miłość dojrzewa, tym większy krąg osób obejmuje - i znajduje to swoje odzwierciedlenie w naszej rozmowie z Bogiem. Nasza rozmowa z Bogiem coraz bardziej staje się modlitwą wstawienniczą. Ten wybrany / ta wybrana zawsze pozostanie tą pierwszą osobą, której poświęcamy najwięcej swojej troski, a więc i w modlitwie dominować będą jej problemy i wszystko, co wpływa na relację z nim / z nią. Ale ten krąg ludzi, dla których żyjemy, przez całe życie stale się poszerza - a może być nawet tak, że jedyne, co możemy im dać, to nasza modlitwa. Modlitwa wstawiennicza to nie żadna protekcja u Boga, jak to widział Asmodeusz, to dojrzewanie naszej miłości, to tworzenie wspólnoty osób, których Bóg ze sobą zetknął. Ona też służy naszej nauce miłości. 

Gdy już to wszystko stanie się dla nas oczywiste, trzeba jeszcze uświadomić sobie, że Kościół, którego głową jest Jezus, obejmuje nie tylko tych, którzy pielgrzymują na ziemi - to jest Kościół Pielgrzymujący, ale to nie jest cały Kościół. Do tego samego Kościoła należą ci wszyscy, którzy wyprzedzili nas w swoim pielgrzymowaniu i są już po drugiej stronie życia. Również ich troską jest tworzenie wspólnoty Kościoła. Kochają wszystkich, których Bóg postawił na ich drodze - i tak jak wcześniej tu na ziemi obejmowali ich swoją modlitwą, tak czynią to nadal. Modlitwa wstawiennicza świętych jest dokładnie tą samą modlitwą wstawienniczą, jaką była wcześniej tu na ziemi. 

sobota, 2 kwietnia 2016

21:37

To było w sobotę - wigilię Niedzieli Bożego Miłosierdzia. Dokładnie tak samo, jak w tym roku: 

Tego dnia poszedłem na mszę o dwunastej, przyjmując komunię w oczywistej intencji. Po powrocie siedziałem murem przy telewizorze przełączając go między tvn24 (dobry serwis informacyjny), a tvp1 (spokój relacji). I tak to trwało do godziny 21-szej, kiedy to tvp1, ku memu zaskoczeniu, zaczęła nadawać Pana Tadeusza. Gdy pierwszy szok już minął, uznałem, że to jednak całkiem niezły pomysł i dużą przyjemnością zacząłem oglądać film.
Jednak po pewnym czasie poczułem, że muszę pójść pod św. Annę. Nie chcę (bo chciałem oglądać Pana Tadeusza), lecz muszę.
Wyszedłem dokładnie w godzinie śmierci Ojca Świętego, czego, rzecz jasna, wtedy jeszcze nie wiedziałem. Wręcz przeciwnie - idąc, byłem całkowicie pewien, iż dzisiaj to się nie może zdarzyć - pewnie jutro, ale nie dziś! (zapomniałem, że Bóg nie cofnął swego wybrania i żydowski sposób liczenia czasu nadal obowiązuje).
Na to, by dostać się do wnętrza św. Anny, oczywiście nie miałem co liczyć. Jednak nie miałem problemu z tym, by stanąć na tyle blisko telebimu, aby widzieć ks. Bogdana mówiącego, jak ten wieczór będzie wyglądał. Blisko mnie było stanowisko telewizji polskiej, przy którym jakaś dziennikarka szykowała się do wejścia na antenę. W pewnym momencie usłyszałem To co - mamy skręcać reakcje?, ale do mnie nadal nie docierało, co to oznacza. Jednak po chwili rzeczywiście zaczęli skręcać.
Na telebimie pojawił się obraz z telewizji publicznej - jakiś ksiądz przekazał wiadomość, której tak bardzo nie chcieliśmy usłyszeć, a operator zaczął pokazywać różne zdjęcia Papieża - m.in. to z Wadowic, na którym Papież cały był jednym wielkim uśmiechem. I wtedy stało się coś niezwykłego - ja również zacząłem się uśmiechać. Miałem łzy w oczach, ale moja twarz odpowiadała Ojcu Świętemu na jego uśmiech. Ale to nie koniec - uświadomiłem sobie, że w tym momencie zyskałem ojca! Po śmierci moich najbliższych - ojca, mamy, brata, dotkliwie odczuwałem osamotnienie (to naprawdę głupio nie mieć z kim pogadać czy to o sprawach ważnych, czy to po prostu mieć się przed kim wygadać), ale w tym momencie zyskałem ojca. I to jakiego!
Wcześniej był kimś bardzo ważnym dla mnie, ale nie był mój; był moim Papieżem, ale nie był mój - nie mógł być mój, bo przecież mnie nawet na oczy nie widział (często powtarza się takie zdanie, że każdy, kto tylko chciał, już sobie zrobił zdjęcie z Ojcem Świętym - co jest dobrym szyderstwem z naszych polityków, ale jest jednak stwierdzeniem nieprawdziwym - ja nie tylko, że nie mam zdjęcia - mnie Papież nawet na oczy nie widział). Teraz jest już mój, bo będąc w innym wymiarze przestrzeni, ta przestrzeń nas już nie oddziela. Jak sądzę takich, dla których stał się mój, są teraz miliony. Mój ojciec - tak na pewno mogę teraz mówić! I tak na pewno mówią teraz miliony osób na świecie. I dla każdego z nas on jest mój.
Czego wszystkim życzę!

piątek, 25 marca 2016

STACJA XII - PAN JEZUS UMIERA NA KRZYŻU


Zawsze największe na mnie wrażenie czynią te właśnie Twoje słowa Jezu: „Eli, eli lema sabachthani?". To znaczy: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Mt 27, 46, por. Mk 15, 34), które wypowiedziałeś w ostatnich minutach swej ziemskiej wędrówki. 
Jak to możliwe, byś Ty, który z pełną świadomością po chwili powiedziałeś „Wykonało się" (po czym skłoniłeś głowę i oddałeś Ducha) (J 19, 30) mogłeś czuć się tak opuszczonym przez swego Ojca? Wiedziałeś, że wypełniasz Jego wolę, że idziesz dokładnie tą drogą, którą On Ci wskazał, wiedziałeś, że poddając się tej woli, dokonujesz zbawienia świata - a mimo to czułeś się opuszczony. Jak to możliwe?

Ale tak to chyba jest, że wtedy gdy idziemy dokładnie tą drogą, którą Bóg-Ojciec nam wyznaczył, On milknie. Możemy to odczuwać, jako opuszczenie, jako pozostawienie nas samym sobie, ale tak się dzieje, bo On już wie, że za chwilę wszystko się wypełni, ale my jeszcze nie wiemy, że to my obraliśmy tę drogę. 

Człowiek wolny musi poczuć się podmiotem swoich własnych działań i dlatego nasz Ojciec oddala się w tym decydującym momencie. Dopiero dzięki temu poczuciu osamotnienia na naszej drodze zyskujemy poczucie, żeśmy sami ją wybrali i pozostali jej wierni. 

Jezu spraw, bym i ja ani przez najdrobniejszy moment swego życia nie zwątpił, że idę tą drogą, która jest dla mnie najlepsza, że idę tą, którąś mi wskazał. Abym nigdy z niej nie zboczył, lecz za każdym razem na nowo ją wybierał. By nie przygwoździło mnie to poczucie osamotnienia. 

A Jezus za­wołał donośnym głosem: „Ojcze, w Twoje ręce oddaję mojego ducha". Gdy to powiedział, skonał. (Łk 23, 46)

piątek, 18 marca 2016

STACJA XI - PAN JEZUS DO KRZYŻA PRZYBITY



To nie gwoździe Cię przybiły, 
lecz mój grzech


Obok Ciebie Jezu było dwóch - jednak ich przywiązali sznurami; tylko Ciebie przybili do krzyża. Ty, Bóg, dałeś przybić się do Krzyża. 

Co nam chciałeś przez to powiedzieć? 

Ty zawsze jesteś z nami. Jesteś Bogiem, my ludźmi, ale poprzez te gwoździe pokazujesz nam, jak bardzo jesteśmy razem. Nic nas nie rozdzieli. Ten związek krwawi, przynosi Ci niewyobrażalny ból, ale jesteśmy razem. Bo Ty nas kochasz.

I tak już pozostanie do końca świata, a nawet dłużej, bo na wieczność. Ty będziesz kochał każdego z nas na wieczność. Także tego, kto do Ciebie się nie przyzna i sam skaże siebie na potępienie. Ty nadal będziesz go kochał, choć on wzgardził Twoją miłością. Ta rana nigdy się nie zabliźni (rozumiecie, dlaczego po Zmartwychwstaniu Jezus pokazywał rany?), bo są tacy, którzy odrzucili Cię na wieczność. 

Jezu wybacz mi, że i ja poprzez swój grzech sprawiłem, że te rany krwawią.


piątek, 11 marca 2016

STACJA X – PAN JEZUS Z SZAT OBNAŻONY

Ogromne wojska, bitne generały,
Policje - tajne, widne i dwu-płciowe –
Przeciwko komuż tak się pojednały?

Szpiclują,  podsłuchują, podglądają – chcą się wedrzeć w najbardziej strzeżone zakamarki, byle tylko coś znaleźć, czegoś dotknąć, obnażyć światu.
Ciebie Jezu też nasłuchiwali, podsłuchiwali, przesłuchiwali (wysłuchać tylko nie chcieli, bo Twoja mowa była dla nich za trudna) – i nic, niczego nie mieli. Ale wyrok był od dawna gotowy – trzeba go było tylko wykonać. Obnażyli Ciebie na koniec w nadziei, że może chociaż po wyroku, coś na Ciebie znajdą.
.
A tu nic – czysta miłość!
.
Szczęśliwi ci, którzy nie mają nic do ukrycia, którym można zaglądać w ich najtajniejsze myśli, a tam wszystko czyste jak śnieg. Ręka podana w potrzebie. Słowo otuchy w strapieniu. Łza dodana do czyjejś łzy. Kromka chleba, gdy do kogoś przyszedł głód.
.
Oni nie muszą nikogo oskarżać, że to podróba, prowokacja, nie muszą mówić, że oni jeszcze pokażą!
.
Szczęśliwi. Wolni.
Kochają do ostatniego tchnienia.