niedziela, 21 lutego 2010

Radość

Byłoby bardzo źle, jeśli po ostatniej mojej notce ktoś by pomyślał, że radość jest czymś, co jest zawsze odłożone na później, że tu na ziemi prawdziwa radość jest w ogóle niemożliwa. W tamtej notce napisałem jedynie:

Tymczasem rzecz w tym, że człowiek nie odnajdzie pełni radości w drugim człowieku, a tym bardziej w rzeczach – człowiek może odnaleźć pełnię radości tylko w Bogu!

Z tego wynika jedynie, że taka radość, jakiej nie da się opisać, czeka nas dopiero wtedy, gdy będziemy po tamtej stronie życia. Pamiętajmy jednak, że jeszcze tu na ziemi przychodzi do nas Chrystus – nade wszystko przychodzi w miłości tych, którzy nas kochają. Jeśli więc nie „ubóstwiamy” osób, które nas kochają, lecz widzimy w nich Chrystusa, to prawdziwej radości nie zabraknie nam jeszcze tu, po tej stronie życia.

Dlaczego zwracam uwagę na zjawisko ubóstwiania osoby kochanej?
Bo akurat to zaprzecza prawdziwej miłości. Ubóstwianie wiąże się z przyjęciem relacji pochyłej – osoba ubóstwiana jest NAD, a ja jestem POD; okazuje się, że ja nie mam co dać (no bo co mogę dać osobie, która jest równa Bogu?) – powinienem jedyne zabiegać o to, by nie utracić przychylności osoby „ubóstwianej”. Nie powstaje relacja osobowa, w której obie strony wzajemnie się ubogacają, lecz relacja oparta o zasługiwanie się.

Zupełnie inaczej jest, gdy w ukochanej osobie widzi się Chrystusa. W takim przypadku obie osoby są sobie równe, obie są pielgrzymami do domu Ojca, obie niedoskonałe, obie dopiero uczące się kochać, ale zarazem nie pragnące niczego bardziej, niż tego, by się nauczyć – obie dające się prowadzić Chrystusowi! Jeśli widzimy w osobie ukochanej Chrystusa, to właśnie dzięki temu, że ona daje się Jemu prowadzić!

W takiej miłości nie brakuje prawdziwej radości, bo ta radość płynie ze spotkania Chrystusa przychodzącego do mnie w drugiej osobie. Nie jest to jeszcze taka radość, jaka czeka nas w niebie, bo nasza niedoskonałość zniekształca obraz Chrystusa w nas, ale jest to już prawdziwa radość! I ta radość już nigdy nie przeminie:)

Kochajmy tych, których Pan postawił na naszej drodze. Starajmy się nieść im Chrystusa - czyli starajmy się postępować tak, by oni widzieli w naszym działaniu, działanie Chrystusa. Tylko w ten sposób możemy dawać innym radość, która nie przeminie!

39 komentarzy:

  1. Kwintesencja ziemskiej miłości do drugiego człowieka. Piękny tekst :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ~krysiunia-pisze-wiersze.blog.onet.pl21 lutego 2010 19:08

    Cóż mogę dodać – tylko AMEN,pięknie napisane!Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi miło :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny, głęboki tekst. A we współczesnym nam świecie coraz bardziej wszystko jest powierzchowne. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Leszku -ks. Osuch chyba w swoim pouczeniu jak powinien wyglądać rachunek sumienia zalecany przez I. Loyolę mówi na koniec, że należy postanowić poprawę i doskonalić się Zaofiarowaną przez Boga Miłością.I wiesz co? ten koniec zdania to cała Twoja notka i jeszcze więcej… :) To jest Wszystko to co niesie z sobą każdy dzień: ludzie (tak jak napisałeś), wydarzenia, Rzeczy…tak, tak, rzeczy -my kobiety to wiemy :) :) :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zawsze było tak, że po świecie chodziło więcej osób powierzchownych, niż tych, którzy starali się zgłębiać tajemnicę życia. Nie narzekaj na czasy, w których żyjesz. Bardzo było mi miło przeczytać Twoje słowa.

    OdpowiedzUsuń
  7. Przyznam się, że troszkę się pogubiłem:(

    OdpowiedzUsuń
  8. he he -albo ja poplątałam :) to u mnie normalne gdy jestem zmęczona -przepraszam, jutro wyjaśnię :)

    OdpowiedzUsuń
  9. No to czekam do jutra.

    OdpowiedzUsuń
  10. pridkamalgorzata@op.pl22 lutego 2010 21:31

    nie ubostwiam a kocham,akceptuje wady ,ciesza mnie zalety..to chyba normalne..;)po prostu nie chcialam spamu ,juz wylaczylam.pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. No tak – a ja znowu wstawię swoje trzy grosze; są osoby które potrafią się cieszyć byle czym, a są i takie wiecznie niezadowolone; kochać też trzeba się nauczyć ; nie każdy posiądzie tą zdolność; kochać z zaletami i wadami – to wyższa szkoła jazdy; z reguły te wady u drugiej osoby tak nas „bodą” że staramy się zmienić drugą osobę i dopasować do swoich oczekiwań; kochać – jak to łatwo powiedzieć……………

    OdpowiedzUsuń
  12. Basiu, ale jeśli prawdziwie widzisz w swoim mężu Chrystusa (tj. widzisz, a nie tylko wiesz, że powinnaś widzieć), to nie ma problemu w tym, że on jest niedoskonały – przecież wiesz, że jest z nim Chrystus, a więc jego wady, to nie Twój problem (Tobie z kolei Chrystus da moc, by te wady znosić – a może nawet polubić?).

    OdpowiedzUsuń
  13. Leszku -kobieta żyje zanurzona w świecie Rzeczy poprzez które służy swoim bliskim. A służy tak jak to wynika z jej osobistej sytuacji życiowej: pierze, gotuje, sprząta…albo ma nianię , która to robi a ona pracuje…itp. Ale poprzez to wszystko tworzy pewną atmosferę domową, w której dojrzewa duchowo sama i jej bliscy. Nawiązując do poprzedniej notki: jeśli jest uczennicą Jezusa jest szczęśliwa. Nawiązując do notki o radości: wciąż uczy się być uczennicą, jeśli jest uczennicą czerpie z tego wszystkiego radość. Radość i siłę -nawet jak już jest zmęczona, czuje się zdechła i pisze głupoty na Twoim blogu :)

    OdpowiedzUsuń
  14. całkiem fajny wniosek :) Chciałabym polubić wady mojego męża.Im jest starszy tym bardziej go kocham i nie cierpię jego wad -hmm..

    OdpowiedzUsuń
  15. Oj, Moherku – pisz więcej tych głupot :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ale mam nadzieję, że przynajmniej nie wypominasz mu ich co chwilę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Leszku – nie widzę w swoim mężu Chrystusa, lecz życiowego partnera wybranego mi przez Stwórcę; Chrystus był [jest i będzie] doskonały, a mąż nie, jakże więc mam widzieć w nim Chrystusa ? ale darem Boży pogardzić nie wypada; widać lepszy mi się nie należał;

    OdpowiedzUsuń
  18. No właśnie – to jest dobre pytanie, jak mamy w drugim człowieku (i to każdym napotkanym w życiu) widzieć Chrystusa? Jak to jest możliwe? Jakie musimy mieć oczy, by tak patrzeć na innych? Skąd je wziąć?

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie wypominam. Ja nie mam głosu (z przyczyn zawsze uzasadnionych) i nie chce mi się „dawać głos” :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ogólnie muszę przyznać Basi rację: rzeczywiście żony próbują zmieniać mężów. Osobiście uważam, ze to meczące i często beznadziejne. Jedyne co można zrobić to zmieniać poprzez przykład życia, poprzez to co wykonuję a nie przez gadanie.

    OdpowiedzUsuń
  21. To nie tylko beznadziejne – to jest wręcz najgorszy pomysł, na jaki można wpaść (a niestety wiele osób na to wpada). Każdy ma prawo do własnej tożsamości, a więc do decydowania o tym, kim jest oraz kim chciałby być. Przemiana człowieka to jest coś, co się dzieje między tym człowiekiem, a Bogiem i nikt w to nie powinien wkraczać – nawet kochająca żona. Inną sprawą jest informowanie o swoich pragnieniach, a inną ingerowanie.

    OdpowiedzUsuń
  22. A ja liczyłem na to, że ktoś napisze „z miłości”. I tu mogę zacytować cały list 0: „Miłość jest najpiękniejszym darem, jakim Bóg mógł nas obdarzyć. To Jego miłość, którą On poprzez nas przemawia do nas wzajemnie. Jesteśmy sobą urzeczeni, bo widzimy siebie wzajemnie Jego oczami, widzimy siebie takimi, jakimi On nas widzi. A zarazem kochając siebie wzajemnie, Jego kochamy. Ot i cała tajemnica miłości.”

    OdpowiedzUsuń
  23. To trochę tak jak w Biblii (też mogę zacytować :) -jest : wiara, nadzieja i miłość a z nich największa jest miłość. Ale czy mogła by powstać w człowieku ta Boża Miłość gdyby nie miał wiary?Żeby pokochać Boga trzeba najpierw w Niego uwierzyć -prawda? a potem kocha się Boga i bliźniego jak siebie samego (hmm raczej się tego uczymy, niż według tego żyjemy)

    OdpowiedzUsuń
  24. Przyznam się, że jeszcze w czasach świętoannowych miałem ochotę napisać list o jedności pojęć – wiara, nadzieja i miłość to wg moich przeczuć to samo pojęcie, tylko widziane od trochę innej strony. No ale jednak w życiu traktujemy je jako oddzielne, więc dlatego moja odpowiedź o to, skąd wziąć takie oczy, to właśnie miłość.

    OdpowiedzUsuń
  25. To ja nie umiem kochać……….bo nie widzę w każdym człowieku Chrystusa; a niektórzy to są karykaturą a nie obrazem Boga; może i we mnie ten obraz odbija się jak w krzywym zwierciadle ?

    OdpowiedzUsuń
  26. Kurczowo się trzymasz swoich oczu – boisz się patrzeć Jego oczami.

    OdpowiedzUsuń
  27. No popatrz -to co piszesz czytałam gdzieś w jakichś żywotach świętych :) Naprawdę -było tam, że miłość ma te właśnie „odcienie”: sprawiedliwość jest miłością, miłosierdzie oczywiście też…jak tak popatrzeć uczciwie na wszystko co jest dobre to jest ono jakąś formą miłości. I przedstawia się ona nam wtedy jako coś co jest żywe, rozwija się dojrzewa, rośnie…

    OdpowiedzUsuń
  28. Leszku – czy się boję ? a może tak mam………bardzo trudno jest się wznieść na pułap duchowości i stamtąd patrzyć na ludzi i świat;

    OdpowiedzUsuń
  29. Basiu, trudno tu na forum publicznym (ciągle publicznym, choć mało osób tu zagląda) prowadzić takie dysputy. Zastanów się, czy nie jest tak, że pragniesz kontrolować swoje życie, czy nie boisz się spojrzeć takimi oczami pełnymi miłości, co się boisz, że będziesz przez wszystkich wykorzystywana?

    OdpowiedzUsuń
  30. Zdaje mi się, że ludzie współcześni coraz częściej nie potrafią się prawdziwie radować. Bardzo ładny tekst, Leszku

    OdpowiedzUsuń
  31. Strasznie dawno nie było Ciebie u mnie. Bardzo się cieszę, że w końcu mnie odwiedziłaś i bardzo się cieszę, że znalazłaś coś dla siebie. Mam nadzieję, że właśnie to przeżywasz…

    OdpowiedzUsuń
  32. ~Agnieszka (http://rabbuni.blog.onet.pl)27 lutego 2010 13:27

    Amen

    OdpowiedzUsuń
  33. akaminska@autograf.pl27 lutego 2010 14:10

    radujmy się!

    OdpowiedzUsuń
  34. ~Agata - co uciekła z doliny tęczy ;)27 lutego 2010 14:12

    to byłam ja

    OdpowiedzUsuń