czwartek, 16 lipca 2009

Zbigniew Zapasiewicz


TVP Kultura zgotowała nam ucztę – przez cały dzień można było i oglądać i słuchać Zbigniewa Zapasiewicza.

Szkoda tylko, że powód tej uczty był taki, jaki był. To już chyba ostatni tak wielki aktor…

niedziela, 12 lipca 2009

Ghandi

Tym razem na weekend zabrałem ze sobą „Ghandiego”. Oglądałem ten film wtedy, gdy powstał, a więc jakieś ćwierć wieku temu. Doskonały był to wybór - oglądało mi się fantastycznie. Zachęcam do pójścia w moje ślady.

A na zachętę chcę przedstawić dialog z samego początku filmu, jaki Ghandi prowadził z duchownym anglikańskim – zaczyna Ghandi:

- Napisano, jeśli ktoś uderzy cię w prawy policzek, nadstaw mu drugi.
- Może to przenośnia?
- Nie jestem pewny. Dużo o tym myślałem. Podejrzewam, że chodzi o to, żeby mieć odwagę przyjąć cios, kilka ciosów i nie oddać. Ale nie ustąpić. Wtedy coś w ludzkiej naturze sprawia, że nienawiść ustępuje szacunkowi.

Przyznam, że warto to obejrzeć choćby tylko dla tego dialogu – spostrzeżenie Ghandiego jest niezwykle trafne.

   Leszek


PS: U mnie na działce można już iść na grzybobranie (na samej działce):





wtorek, 7 lipca 2009

Szkiełko

- Jedzcie ostrożnie, bo szkło mi wpadło do sosu!zostaliśmy uprzedzeni. Ledwo to usłyszałem, a poczułem szkło w języku. Nie czułem, bym na nie natrafił podczas jedzenia – poczułem od razu w języku. Nie wystawało nic – tylko gdy ciągnąłem palec po języku, czułem, jakby mnie coś drapało.

Próbowałem wyjąć – najpierw cążkami, a później dostałem pęsetę od żony. Nie udawało mi się chwycić. Żona już była przekonana, że sobie wmawiam – Przecież nie krwawisz!, jednak krwawienie, aczkolwiek niewielkie, to jednak było.

Sam już przez moment zacząłem wątpić – nawet pod palcem nic nie wyczuwałem.

Wziąłem małe lusterko (wcześniej próbowałem przy dużym w łazience), usiadłem i okazało się, że tym razem chwyciłem bez problemu.

Szkiełko miało ok. 7-8 mm długości, z obu końców było ostre jak igiełka i zresztą do igły było podobne – grubość w obu kierunkach nie przekraczała milimetra.

Miałem niesamowite szczęście, że wbiło mi się w język – równie dobrze mogło się wbić w ściankę żołądka, czy podziurawić jelita…

Nie dokończyłem obiadu, choć zjadłem tylko jeden kęs – lepiej wyrzucić jedzenie, niż narażać się na perforację. Tyle lat musiałem żyć, by się przekonać, że ze szkłem nie ma żartów…

niedziela, 21 czerwca 2009

Księgarnia św. Wojciecha

Odkąd pamiętam przy ulicy Freta była Księgarnia św. Wojciecha. Mały lokal ze skrzypiącą podłogą, wejściem z bramy, ale z cudowną atmosferą.

Była pierwsza. Dopiero po niej zaczęły wyrastać kolejne księgarnie katolickie – przy Archikatedrze, przy kościele seminaryjnym i najnowsza z nich w Pałacu Prymasowskim.

Lokal stoi teraz pusty, nie tylko z ogołoconymi regałami, ale wręcz z ogołoconymi ścianami – wyraźnie gotowy do kapitalnego remontu. Żadnej informacji na drzwiach.

Wygląda na to, że to koniec księgarni…

Czy to liczna konkurencja sprawiła, czy też to, że przestaliśmy czytać?

niedziela, 24 maja 2009

„Listów o miłości” już nie ma

Czwarty punkt regulaminu onet-u mówi:


4. Użytkownik ma obowiązek przynajmniej jeden raz na sześć miesięcy opublikować notkę w blogu. W przypadku stwierdzenia przez administratorów systemu OnetBlog, że w blogu nie pojawiły się nowe notki a także nie ma wystarczającej liczby odwiedzin, Onet.pl ma prawo do bezpowrotnego i całkowitego usunięcia takiego bloga z systemu OnetBlog.


W oparciu o ten punkt onet usunął Listy o miłości. Odbyło się to bez żadnego uprzedzenia i wręcz w sprzeczności z wymienionym punktem – od jakiegoś czasu zapuszczam procedurę, która sprawdza na której stronie rankingu onet-u są interesujące mnie blogi. Ostatniego dnia, gdy Listy.. jeszcze istniały (t.j. 5 maja), były na 62 stronie. Jeśli zważyć, że jeszcze 17 lutego były na 277, to widać wyraźnie, że na nowo zdobywały czytelników. A trzeba przy tym pamiętać, że na pozycję w rankingu wielki wpływ ma to, kiedy była na nim ostatnia notka (przykładowo ten blog 9 kwietnia był na 67 stronie mimo, ciągle na nim są jakieś notki).

Jeśli ktoś myśli, że redakcja BlogOnet przeprosiła mnie, gdy wyraziłem swoje zdziwienie, że mimo iż mój blog nie należał do takich, do których nikt nie zagląda, został bez ostrzeżenia usunięty, to się myli – szanowna redakcja do takich rzeczy się nie poniża – jest przecież nieomylna.


Lubię Baruch twoją geometryczną łacinę, porozmiawiajmy jednak o rzeczach na prawdę ważnych..


Jeszcze nie tak dawno po takim zdarzeniu bym się kompletnie załamał, bo przecież nawet jeśli nie z woli Pana to się stało, to przy Jego przyzwoleniu. Dziś podchodzę do tego całkiem spokojnie. Wbrew pozorom wcale nie chodzi o to, że Listy.. stanowią zagrożenie i nikt nie powinien ich czytać (to jest mój odwieczny lęk, o którym kiedyś pisałem) – wszak z jednej strony liczba czytelników rosła na nowo (co na martwym blogu jest czymś niezwykłym – KTOŚ musiał ich tam sprowadzać), a z drugiej na blogspocie Listy.. są nadal. Wydaje mi się, że to zdarzenie potwierdza jedynie moje wcześniejsze przeczucia, iż mój czas już minął. Jak sądzę dziś główne tezy Listów.. ma swoim życiem potwierdzać ktoś zupełnie inny, ktoś dużo ode mnie młodszy. Nie czarujmy się – w dzisiejszym świecie wiek jest niezwykle ważny; przecież przesłanie Listów.. jest nade wszystko skierowane do ludzi młodych i trudno je przyjmować od kogoś w moim wieku (moi młodzi czytelnicy już od dawna do mnie nie przychodzą). Główna myśl Listów.., która odróżnia ją od innych tekstów, to ta, że Bóg będąc jedynym źródłem miłości, miłości, która z samego założenia obejmuje całego człowieka – jego uczucia, jego ciało i jego wolę, właśnie poprzez rozbudzanie w nas uczuć, próbuje wskazywać nam naszą drogę. Nie odbiera nam wolności (którą sam nam dał) – możemy odrzucić rodzące się w nas uczucia; jednak twierdzę, że przyjmując je, wybieramy to, co jest dla nas najlepsze (oczywiście przy zachowaniu wszystkiego, co wynika z tego kim jestem ja i kim jest ta osoba, którą kocham). Przeżywanie miłości w którejkolwiek ze sfer (uczuć, ciała, woli) nie może wyprzedzać go w pozostałych (w praktyce – przeżywanie jej w mowie ciała nie może wyprzedzać jej w warstwie wolitywnej – to z tym mamy największe problemy).

Póki co Listy.., to tylko słowa, a ja nie mogę wskazać na kogoś, kto by powiedział: Moje życie jest dowodem tego, że jest właśnie tak, jak piszesz! (miałem nadzieję, że jak już nie moje, to życie adresatki Listów.. będzie takim potwierdzeniem, jednak tego nie wiem). Ale być może to się właśnie zmieni… Być może utrata tego bloga jest zapowiedzią, że to przesłanie będzie mógł nieść ktoś inny, kogo życie będzie dowodem jego prawdziwości. Taką mam nadzieję i na to z góry się cieszę.





poniedziałek, 11 maja 2009

W Barwach szczęścia …


W Barwach szczęścia jedna z głównych bohaterek proponuje mężowi, by nadal stanowili jedną rodzinę, ale by ona nie była jego żoną. Reakcja męża jest jednoznaczna: „- Jak ty to sobie wyobrażasz?”; po czym zadaje pytanie, gdzie miałby spać: „- A może z tobą w jednym łóżku, ale pod drugą kołdrą, bym ciebie przypadkiem nie dotknął?”

I pomyśleć, że ja w pierwszych tygodniach swojego małżeństwa byłem z siebie dumny, gdy wpadłem na pomysł drugiej kołdry. Zdecydowanie ułatwiało to czekanie, że może kiedyś żona będzie miała ochotę…
No cóż, dopiero od niedawna wiem, że wychodząc za mąż, mnie nie kochała, a że baba ze mnie, a nie chłop…

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Bernard Margueritte

Nigdy bym nie podejrzewał siebie, że kiedykolwiek będę głosował na PSL. Tymczasem w piątek poprzez naszą-klasę odezwał się do mnie Bernard Margueritte – Zostałeś zaproszony do listy znajomych przez: Bernard Margueritte. Oczywiście doskonale wiedziałem kto to jest, ale przecież miałem świadomość, że on z kolei nie wie kim ja jestem. Skąd więc to zaproszenie?


Wystarczyło wejść na podanego linka, by wszystko się wyjaśniło: Bernard Margueritte kandyduje do europarlamentu, a osobą otwierającą listę znajomych jest Jarosław Kalinowski.


Można się zastanawiać, czy nasza-klasa jest drogą wystarczająco efektywną w zdobywaniu elektoratu na to, by rzeczywiście zostać wybranym - do ilu osób uda się wysłać zaproszenia, ile z tych osób odpowie, a nade wsystko do ilu osób kandydatura Bernarda Margueritte trafi w gust wyborczy?


Stosunkowo łatwo da się coś powiedzieć o pierwszych liczbach – w piątek w południe grono znajomych liczyło 500 osób, a przez dwa i pół dnia powiększyło o 350; jeśli przyjąć, że ten przyrost jest przyrostem liniowym, to nie wróżę sukcesu. Jednak konto powstało 4 kwietnia – może więc ten przyrost jest przyrostem geometrycznym?


Załóżmy więc, że zaproszenia trafią do wystarczającej liczby osób; pytanie, jak sama akceptacja w n-k będzie się przekładać na głosowanie?


Oczywiście moja odpowiedź, to zwykłe wróżenie z fusów – absolutnie nie mam żadnych przesłanek, by to przewidywać. Wydaje mi się jednak, że u nas nade wszystko głosuje się na partie, a dopiero w drugiej kolejności na osoby. Jeśli się nie mylę w tym stwierdzeniu, to wynik wyborczy nie będzie korzystny dla Bernarda Margueritte.


Jednak do mnie Bernard Margueritte przemówił; posłuchajcie tego:


 


Ale dlaczego kandyduję? To jest dość długa historia. Od wielu lat widać u przywódców III RP taką tendencję, aby wstydzić się własnego kraju. Zamiast być dumni swojej ojczyzny- a przynajmniej z Polski Solidarności i Jana Pawła II- są chorzy na Polskę! Nie chcą, aby wreszcie „Polska była Polską”, lecz w minimalistycznym dążeniu, aby była „drugą Irlandią czy drugą Japonią”. W pełni więc akceptują Polskę marazmu, skandali, korupcję, tak daleką od Ideałów Sierpnia!


(…)


Gdybym był wybrany moim pierwszym celem byłoby więc bronić godności Polski, powiedzieć ludziom Zachodu, że powinni przestać patrzyć na Polskę z góry, że właściwie od Polski, od Polski Solidarności i Jana Pawła II, mogą się wciąż wiele nauczyć. W naturalny sposób mógłbym stać się pomostem między Francją, a szerzej Europą Zachodnią a Polską. Znając mentalność ludzi z Zachodu, mówiąc ich językami, łatwiej będzie mi nawiązać skuteczny kontakt.


Zachęcam zresztą do przeczytania całej notki! Ach, żeby  to wszyscy nasi europarlamentarzyści byli tacy..