sobota, 2 kwietnia 2016

21:37

To było w sobotę - wigilię Niedzieli Bożego Miłosierdzia. Dokładnie tak samo, jak w tym roku: 

Tego dnia poszedłem na mszę o dwunastej, przyjmując komunię w oczywistej intencji. Po powrocie siedziałem murem przy telewizorze przełączając go między tvn24 (dobry serwis informacyjny), a tvp1 (spokój relacji). I tak to trwało do godziny 21-szej, kiedy to tvp1, ku memu zaskoczeniu, zaczęła nadawać Pana Tadeusza. Gdy pierwszy szok już minął, uznałem, że to jednak całkiem niezły pomysł i dużą przyjemnością zacząłem oglądać film.
Jednak po pewnym czasie poczułem, że muszę pójść pod św. Annę. Nie chcę (bo chciałem oglądać Pana Tadeusza), lecz muszę.
Wyszedłem dokładnie w godzinie śmierci Ojca Świętego, czego, rzecz jasna, wtedy jeszcze nie wiedziałem. Wręcz przeciwnie - idąc, byłem całkowicie pewien, iż dzisiaj to się nie może zdarzyć - pewnie jutro, ale nie dziś! (zapomniałem, że Bóg nie cofnął swego wybrania i żydowski sposób liczenia czasu nadal obowiązuje).
Na to, by dostać się do wnętrza św. Anny, oczywiście nie miałem co liczyć. Jednak nie miałem problemu z tym, by stanąć na tyle blisko telebimu, aby widzieć ks. Bogdana mówiącego, jak ten wieczór będzie wyglądał. Blisko mnie było stanowisko telewizji polskiej, przy którym jakaś dziennikarka szykowała się do wejścia na antenę. W pewnym momencie usłyszałem To co - mamy skręcać reakcje?, ale do mnie nadal nie docierało, co to oznacza. Jednak po chwili rzeczywiście zaczęli skręcać.
Na telebimie pojawił się obraz z telewizji publicznej - jakiś ksiądz przekazał wiadomość, której tak bardzo nie chcieliśmy usłyszeć, a operator zaczął pokazywać różne zdjęcia Papieża - m.in. to z Wadowic, na którym Papież cały był jednym wielkim uśmiechem. I wtedy stało się coś niezwykłego - ja również zacząłem się uśmiechać. Miałem łzy w oczach, ale moja twarz odpowiadała Ojcu Świętemu na jego uśmiech. Ale to nie koniec - uświadomiłem sobie, że w tym momencie zyskałem ojca! Po śmierci moich najbliższych - ojca, mamy, brata, dotkliwie odczuwałem osamotnienie (to naprawdę głupio nie mieć z kim pogadać czy to o sprawach ważnych, czy to po prostu mieć się przed kim wygadać), ale w tym momencie zyskałem ojca. I to jakiego!
Wcześniej był kimś bardzo ważnym dla mnie, ale nie był mój; był moim Papieżem, ale nie był mój - nie mógł być mój, bo przecież mnie nawet na oczy nie widział (często powtarza się takie zdanie, że każdy, kto tylko chciał, już sobie zrobił zdjęcie z Ojcem Świętym - co jest dobrym szyderstwem z naszych polityków, ale jest jednak stwierdzeniem nieprawdziwym - ja nie tylko, że nie mam zdjęcia - mnie Papież nawet na oczy nie widział). Teraz jest już mój, bo będąc w innym wymiarze przestrzeni, ta przestrzeń nas już nie oddziela. Jak sądzę takich, dla których stał się mój, są teraz miliony. Mój ojciec - tak na pewno mogę teraz mówić! I tak na pewno mówią teraz miliony osób na świecie. I dla każdego z nas on jest mój.
Czego wszystkim życzę!

piątek, 25 marca 2016

STACJA XII - PAN JEZUS UMIERA NA KRZYŻU


Zawsze największe na mnie wrażenie czynią te właśnie Twoje słowa Jezu: „Eli, eli lema sabachthani?". To znaczy: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Mt 27, 46, por. Mk 15, 34), które wypowiedziałeś w ostatnich minutach swej ziemskiej wędrówki. 
Jak to możliwe, byś Ty, który z pełną świadomością po chwili powiedziałeś „Wykonało się" (po czym skłoniłeś głowę i oddałeś Ducha) (J 19, 30) mogłeś czuć się tak opuszczonym przez swego Ojca? Wiedziałeś, że wypełniasz Jego wolę, że idziesz dokładnie tą drogą, którą On Ci wskazał, wiedziałeś, że poddając się tej woli, dokonujesz zbawienia świata - a mimo to czułeś się opuszczony. Jak to możliwe?

Ale tak to chyba jest, że wtedy gdy idziemy dokładnie tą drogą, którą Bóg-Ojciec nam wyznaczył, On milknie. Możemy to odczuwać, jako opuszczenie, jako pozostawienie nas samym sobie, ale tak się dzieje, bo On już wie, że za chwilę wszystko się wypełni, ale my jeszcze nie wiemy, że to my obraliśmy tę drogę. 

Człowiek wolny musi poczuć się podmiotem swoich własnych działań i dlatego nasz Ojciec oddala się w tym decydującym momencie. Dopiero dzięki temu poczuciu osamotnienia na naszej drodze zyskujemy poczucie, żeśmy sami ją wybrali i pozostali jej wierni. 

Jezu spraw, bym i ja ani przez najdrobniejszy moment swego życia nie zwątpił, że idę tą drogą, która jest dla mnie najlepsza, że idę tą, którąś mi wskazał. Abym nigdy z niej nie zboczył, lecz za każdym razem na nowo ją wybierał. By nie przygwoździło mnie to poczucie osamotnienia. 

A Jezus za­wołał donośnym głosem: „Ojcze, w Twoje ręce oddaję mojego ducha". Gdy to powiedział, skonał. (Łk 23, 46)

piątek, 18 marca 2016

STACJA XI - PAN JEZUS DO KRZYŻA PRZYBITY



To nie gwoździe Cię przybiły, 
lecz mój grzech


Obok Ciebie Jezu było dwóch - jednak ich przywiązali sznurami; tylko Ciebie przybili do krzyża. Ty, Bóg, dałeś przybić się do Krzyża. 

Co nam chciałeś przez to powiedzieć? 

Ty zawsze jesteś z nami. Jesteś Bogiem, my ludźmi, ale poprzez te gwoździe pokazujesz nam, jak bardzo jesteśmy razem. Nic nas nie rozdzieli. Ten związek krwawi, przynosi Ci niewyobrażalny ból, ale jesteśmy razem. Bo Ty nas kochasz.

I tak już pozostanie do końca świata, a nawet dłużej, bo na wieczność. Ty będziesz kochał każdego z nas na wieczność. Także tego, kto do Ciebie się nie przyzna i sam skaże siebie na potępienie. Ty nadal będziesz go kochał, choć on wzgardził Twoją miłością. Ta rana nigdy się nie zabliźni (rozumiecie, dlaczego po Zmartwychwstaniu Jezus pokazywał rany?), bo są tacy, którzy odrzucili Cię na wieczność. 

Jezu wybacz mi, że i ja poprzez swój grzech sprawiłem, że te rany krwawią.


piątek, 11 marca 2016

STACJA X – PAN JEZUS Z SZAT OBNAŻONY

Ogromne wojska, bitne generały,
Policje - tajne, widne i dwu-płciowe –
Przeciwko komuż tak się pojednały?

Szpiclują,  podsłuchują, podglądają – chcą się wedrzeć w najbardziej strzeżone zakamarki, byle tylko coś znaleźć, czegoś dotknąć, obnażyć światu.
Ciebie Jezu też nasłuchiwali, podsłuchiwali, przesłuchiwali (wysłuchać tylko nie chcieli, bo Twoja mowa była dla nich za trudna) – i nic, niczego nie mieli. Ale wyrok był od dawna gotowy – trzeba go było tylko wykonać. Obnażyli Ciebie na koniec w nadziei, że może chociaż po wyroku, coś na Ciebie znajdą.
.
A tu nic – czysta miłość!
.
Szczęśliwi ci, którzy nie mają nic do ukrycia, którym można zaglądać w ich najtajniejsze myśli, a tam wszystko czyste jak śnieg. Ręka podana w potrzebie. Słowo otuchy w strapieniu. Łza dodana do czyjejś łzy. Kromka chleba, gdy do kogoś przyszedł głód.
.
Oni nie muszą nikogo oskarżać, że to podróba, prowokacja, nie muszą mówić, że oni jeszcze pokażą!
.
Szczęśliwi. Wolni.
Kochają do ostatniego tchnienia.
   

sobota, 5 marca 2016

Starszy brat

(1) Schodzili się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać.  (2) Faryzeusze jednak i nauczyciele Pi­sma szemrali: „On przyjmuje grzeszników i jada z nimi".  (3) Opowiedział im wtedy tę przypowieść: 
(11) Powiedział też: „Pewien człowiek miał dwóch synów.  (12) Młodszy z nich rzekł do ojca: «Ojcze, daj mi część majątku, która mi przypada. Wtedy on rozdzielił między nich majątek.  (13) Nie­długo potem młodszy syn zabrał wszystko i wyjechał do dale­kiego kraju. Tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie.  (14) Kiedy wszystko wydał, nastał w tym kraju wielki głód i rów­nież on zaczął cierpieć niedostatek.  (15) Poszedł więc i zatrudnił się u jednego z mieszkańców tego kraju, a on posłał go na swo­je pola, żeby pasł świnie.  (16) Pragnął najeść się strąkami, który­mi karmiły się świnie, ale i tego nikt mu nie dawał.  (17) Zastano­wił się nad sobą i stwierdził: «Tylu najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja ginę tu z głodu.  (18) Wstanę i pój­dę do mojego ojca i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw­ko niebu i względem ciebie.  (19) Już nie jestem godny nazywać się twoim synem. Uczyń mnie choćby jednym z twoich najem­ników.  (20) Wstał więc i poszedł do swojego ojca. A kiedy jesz­cze był daleko, zobaczył go ojciec i ulitował się. Pobiegł, rzu­cił mu się na szyję i ucałował go.  (21) Syn mu powiedział: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i względem ciebie. Już nie jestem godny nazywać się twoim synem».  (22) Wtedy ojciec powiedział do swoich sług: «Szybko przynieście najlepszą szatę i ubierz­cie go. Włóżcie mu pierścień na rękę i sandały na nogi.  (23) Przyprowadźcie tłuste cielę i zabijcie je. Będziemy jeść i bawić się,  (24) bo ten mój syn był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się». I zaczęli się bawić.  (25) Tymczasem jego starszy syn był na polu. Gdy wracał i był już blisko domu, usłyszał muzykę i tańce.  (26) Przywołał jednego ze sług i pytał go, co się wydarzyło.  (27) On mu odpowiedział: «Twój brat wrócił i ojciec zabił tłuste cielę, bo odzyskał go zdrowego».  (28) Wtedy rozgniewał się i nie chciał wejść. Wyszedł więc ojciec i zachęcał go do wejścia.  (29) Lecz on powiedział do ojca: «Tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twego polecenia, ale ty nigdy nie dałeś mi nawet koźlęcia, abym się mógł zabawić z przyja­ciółmi.  (30) A gdy wrócił ten twój syn, który roztrwonił twój ma­jątek z nierządnicami, zabiłeś dla niego tłuste cielę».  (31) On mu odpowiedział: «Dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, należy do ciebie.  (32) Przecież trzeba się bawić i radować, bo ten twój brat był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się»". (Łk 15) 

Zawsze identyfikowałem się ze starszym bratem z przypowieści, ale problem ujmowałem w kategoriach mentalności najemnika. Innymi słowy, że problemem starszego brata jest to, nie czuł się właścicielem, że cały czas ciążyło na nim przekonanie, iż musi zasłużyć. W ostateczności czuł się pokrzywdzony przez ojca, bo w swoim przekonaniu zasługiwał na uznanie, a nie dostawał nagrody. 
Tymczasem w tym roku Pan tak pokierował wydarzeniami, że trafiłem na rekolekcje w swojej wiejskiej parafii. Prowadził je o. Norbert Augustyn Lis OP, który powołując się na pewnego jezuitę (niestety nie zapamiętałem nazwiska) ukazał, jak tę przypowieść rozumieli ci, którzy słyszeli ją z ust Jezusa.  
Dla nich już samo żądanie podziału majątku za życia ojca, było obrazoburcze. To się w głowie nie mieściło, by syn mógł tego żądać (a co dopiero, by spełnić to żądanie). Drugi taki element, który może uchodzić naszej uwadze to ten, że syn najął się do pasania świń – a więc dla Żyda zajmował się czymś niegodnym (bo same zwierzęta były nieczyste). Mało - pragnął jeść to, czym one były karmione! Po trzecie wreszcie, że skoro ojciec majątek podzielił, to starszy syn był już właścicielem pozostałej części. Tymczasem ojciec nawet nie powiadamiając starszego syna, wyprawia ucztę na powitanie młodszego – mało, młodszemu synowi daje pierścień, który zgodnie z prawem należał się starszemu. Z punktu widzenia starszego syna to wszystko była skrajna niesprawiedliwość. 
A zatem z jednej strony jest to przypowieść o Bożym miłosierdziu, ale z drugiej strony o tym, że Bóg odbierze nam wszystko, o czym myślimy, że mamy (o ile tylko wydaje się nam, że coś mamy). 


piątek, 26 lutego 2016

Magdalenka

Podstawowe pytanie, jakie musimy sobie zadać, to takie, po co Czesław Kiszczak nagrywał te filmy w Magdalence, które wczoraj mogliśmy obejrzeć? (przypominam, że nie ma najmniejszych wątpliwości, iż robili to podwładni gen. Kiszczaka, a nie np. pracownicy TVP - całkowicie jednoznacznie mówił o tym choćby Stanisław Ciosek)

Odpowiedź może być tylko jedna - chodziło o to, by mieć materiał do szantażu strony solidarnościowej, gdyby ta za bardzo się stawiała i miałoby nie dojść do porozumienia.
UB-ek zawsze pozostaje UB-ekiem i nie zmienia swojego myślenia - fakt nagrywania świadczy o determinacji strony rządowej do doprowadzenia do porozumienia - strona rządowa nie wyobrażała sobie, by rozmowy miały się zakończyć fiaskiem. 

Drugie zatem pytanie jest takie, na ile strona solidarnościowa miała tego świadomość?

I tu odpowiedź może być tylko jedna - strona solidarnościowa miała pełną świadomość, że nie były to rozmowy między równorzędnymi partnerami, lecz że były to rozmowy z policjantem. 

I wobec tej odpowiedzi, trzeba sobie w takim razie zadać pytanie, czy w ogóle trzeba było rozmawiać?

No i tu trzeba wyraźnie powiedzieć, że wiele osób uważa, że z policjantem nigdy się nie rozmawia. Takie stanowisko zajmował "od zawsze" choćby Kornel Morawiecki i jego "Solidarność Walcząca", która jako cel stawiała sobie odzyskanie niepodległości i budowę Rzeczypospolitej Solidarnej i która odrzucała możliwość ugody z urzędującą władzą i reformowanie systemu. I nie było to jedyne środowisko, które zajmowało podobne stanowisko. Tak więc od samego początku byli tacy, którzy nie godzili się na rozmowy Okrągłego Stołu. 

Dlaczego jednak nie brakowało takich (mało - to właśnie oni stanowili zdecydowaną większość), którzy by uważali, że nawet wtedy, gdy policjant przykłada broń do skroni (po to Kiszczak kręcił te filmy) trzeba z nim rozmawiać?

I na to pytanie może być tylko jedna odpowiedź - brakowało sensownej alternatywy. 

Determinacja strony rządowej wynikała z tego, że było jasne, iż gospodarkę czeka absolutna katastrofa, a to wywoła niekontrolowaną reakcję społeczeństwa (i tu słowo "niekontrolowana" ma dokładnie to samo znaczenie, co w przypadku bomby atomowej i występującej tam niekontrolowanej reakcji jądrowej). Było więc jasne, że dotychczasowy system władzy zostanie zmieciony z powierzchni - nic z niego nie zostanie. 
Tyle, że z kolei dla strony solidarnościowej było jasne, że komuchy nie poddadzą się bez walki - alternatywą dla rozmów byłby rozlew krwi, do jakiego niechybnie po jakimś czasie by doszło. Było też jasne, że nawet policjant trzymający ten pistolet przy skroni swego rozmówcy wie, że strzelić nie może (bo w gruncie rzeczy strzeliłby w swoją skroń - koniec rozmów, to dla komuchów byłby koniec ich nadziei). Wbrew więc pozorom te rozmowy miały sens - obie strony, choć z zupełnie innych powodów, były zdeterminowane, by doprowadzić do jakiegoś kompromisu, na który obie strony mogłyby się zgodzić. 

Przedstawianie tych rozmów, jako rozmów głównego UB-eka z jego agentami, to mimo przeszłości Lecha, nieporozumienie - wszyscy uczestnicy ze strony solidarnościowej (łącznie z Lechem) kierowali się dobrem Polski (brzmi to strasznie górnolotnie, ale mimo wszystko najlepiej oddaje to, co naprawdę wtedy się działo); rozumieli ograniczenia (nie było wątpliwości, że do tych rozmów by nie doszło, gdyby nie było na nie zgody Moskwy, a ta zgoda siłą rzeczy musiała być mocno ograniczona), ale wiedzieli też, że trzeba wejść w ten układ, by w ogóle mieć szansę bezkrwawo przywracać kraj normalności. Zwracam uwagę, że nie chodziło o jakiś socjalizm z ludzką twarzą (choćby nikt nie wracał do koncepcji zarządzania poprzez rady pracownicze) - w gruncie rzeczy od samego początku szukano drogi przemian ustrojowych. Demokratyzacja na jaką godziła się strona rządowa była mocno ograniczona (ale nikt nie miał wątpliwości, że na więcej Moskwa by się nie zgodziła), ale dla strony solidarnościowej było jasne, że jak się już uchyli drzwi, a w te drzwi wstawi stopę, to tych drzwi już nie da się zamknąć. 

No i historia przyznała rację temu spojrzeniu. 

Nie zmienia to jednak faktu, że gruba kreska, brak dekomunizacji, zaciążyły na obliczu naszej ojczyzny. Oczywiście prawdą jest, że gdyby przed Okrągłym Stołem wszyscy myśleli tak, jak Kornel Morawiecki, tych wszystkich problemów dziś by nie było - wszyscy moglibyśmy czuć się bardziej "u siebie", niż czujemy się dziś; dziś "u siebie" czują się nade wszystko byli UB-ecy (i ich agenci), a nie zwykli obywatele. Tyle, że pytanie, jak by wyglądała Polska po tym wielkim wybuchu? 
Wtedy uważałem, że Okrągły Stół był potrzebny i dziś myślę tak samo. 

Ale czy takie fraternizowanie się było konieczne? - to kwestia smaku; sam pewnie bym się tak czuł, jak Lech Kaczyński - absolutnie bym w to nie wchodził. Ale czy wszyscy muszą być tacy, jak ja?


wtorek, 23 lutego 2016

Bolek

Przyznam, że miałem nadzieję na nieco większy oddźwięk poprzedniej notki; sądziłem więc, że już w dyskusji uda mi się wyraźnie przedstawić swoje stanowisko w dwóch powiązanych pytaniach. 
Po pierwsze, czy Lechu przeskakując płot stoczni, robił to na polecenie bezpieki? I po drugie jeśli tak, to czy jego przewodzenie strajkowi, a następnie związkowi, było działaniem agenta?


Z tym pierwszym problem jest taki, że trudno znaleźć ten płot, przez który Lechu skakał. Wg relacji Anny Walentynowicz (ale znacznie późniejszej, niż ta, o której wspominałem w poprzedniej notce), Lechu został przywieziony motorówką na teren stoczni. Póki co nie ma jednak żadnych dokumentów, które by to potwierdzały. Ponieważ jednak Anna Walentynowicz jest osobą absolutnie kryształową, więc musimy być gotowi na to, że i to się kiedyś potwierdzi (pamiętajmy jednak, że nie wolno nam dziś tak twierdzić - oczywiście nam, a nie tym, którzy byli najbliższymi współpracownikami Lecha). Zwróćmy przy tym uwagę, że nawet, jeśli to admirał Romuald Waga kutrem Marynarki Wojennej dowiózł Lecha do stoczni (o czym świadczy jeszcze inna relacja), co by dobrze wyjaśniało, dlaczego Lechu tak szybko ogłosił koniec strajku, to jednak po uratowaniu strajku przez Annę Walentynowicz, doprowadził go do końca. Można powiedzieć wręcz, że to Anna Walentynowicz stworzyła tego Lecha, jakiego pamiętamy z tamtego okresu. Lech Wałęsa był osobą niesamowicie charyzmatyczną - wszyscy byli nim zachwyceni, całkowicie mu ufali i wierzyli we wspólne zwycięstwo. Ale tę wiarę nade wszystko jemu ktoś musiał wszczepić, przywieziony motorówką jej nie miał - i zrobiła to Anna Walentynowicz. Lechu uwierzył, że ten strajk może doprowadzić do prawdziwych przemian. No i zwycięstwo rzeczywiście przyszło. Strona rządowa (Mieczysław Jagielski) nalegała na komunikaty pokazujące ile to postulatów zostało już uzgodnionych, ale dla Lecha było jasne, że póki nie zostanie uzgodniony postulat Wolnych Związków Zawodowych, to pozostałych 20 postulatów nie będzie miało żadnego znaczenia. Czy Lechu tak zdeterminowany w tej sprawie, był jeszcze agentem? Agentem był w tych pierwszych dniach - do decyzji o powrocie do domu, ale nie był już nim w tej drugiej fazie strajku! Nie tego oczekiwali od niego ci, którzy go tam wysłali.
(nota bene doskonale pamiętam atmosferę, jaka była wtedy w Gdańsku - przez cały strajk co tydzień tam byłem i tę atmosferę chłonąłem. Tego do końca życia nie da się zapomnieć). 

Umówmy się przy tym, że przywódcy zwycięskiego strajku (i to takiemu, jakiemu przyglądał się cały świat), UB-ecja nie była już do niczego potrzebna. Ktoś w tej UB-ecji zaryzykował odgrzewając nieczynnego agenta do poprowadzenia strajku (wiedząc dobrze, że ten agent po kilku latach pracy zrobił się krnąbrny i trzeba było z niego zrezygnować), co w pierwszej chwili wydawało się strzałem w dziesiątkę (rzeczywiście bardzo szybko ogłosił koniec strajku), jednak w ostatecznym rozrachunku ten ktoś na tym się mocno przejechał. 

Od tej chwili Lechu już nikogo nie słuchał. Paradoksalnie ta wielka wada Wałęsy stała się dla nas gwarancją (patrząc z dzisiejszej perspektywy), że nigdy podczas prowadzenia strajku, a następnie podczas prowadzenia związku, już nie wrócił do roli agenta (jeśli nawet wcześniej ją pełnił).
A był przy tym Lechu człowiekiem zawierzenia - nie słuchał nikogo z ludzi, ale jednak podejmował właściwe decyzje. Tak, jak wspominałem wcześniej, do mnie osobiście najmocniej przemawiał Andrzej Gwiazda i wówczas we wszystkich konfliktowych sprawach słuszność przyznawałem Gwieździe; jednak z dzisiejszej perspektywy patrząc, uważam, że to wielkie szczęście, iż na czele związku stał Lechu. Oczywiście to nie tak, by nie było "Solidarności", gdyby nie było Lecha Wałęsy - byłaby, choć być może nie była tak masowa. Obawiam się bowiem, że Andrzej Gwiazda nie pociągnąłby za sobą tak masowo robotników, jak pociągnął Lechu. Lechu pociągnął, bo Lechu był "swój", Lechu potrafił wszystkich porwać swoimi wystąpieniami (byle nie czytał ich z kartki) - Andrzej Gwiazda nie miał tej charyzmy.


* * *

Przypomniałem to wszystko, bo dziś już o tym zapominamy - a to tak właśnie było. W połowie lat 80-tych (jeszcze na grubo przed Okrągłym Stołem) Marcin Przybyłowicz (późniejszy wiceprzewodniczacy PC) podpytywał mnie, czy wg mnie jest jeszcze sens stawiać na Lecha Wałęsę. Odpowiedziałem, że jak najbardziej, że jest on legendą i nikt tej legendy nie zastąpi. Sam co prawda kilka lat później głosowałem na Mazowieckiego (na Lecha dopiero w drugiej turze, gdy Mazowiecki w wyborach przepadł), ale wtedy właśnie zapleczem dla Wałęsy było PC (w czym sam miałem jakiś udział). Zresztą, choć w pierwszej turze głosowałem inaczej, to i dla mnie moim prezydentem był Prezydent Wałęsa (to dopiero dziś jest tak, że nie szanuje się prezydenta z innego obozu politycznego, niż własny). 
Niestety na tej prezydenturze zaciążyło to, że Lechu niczego w odpowiednim momencie nie ujawnił, nie przeprosił tych, których skrzywdził, nie wynagrodził krzywd, do których doprowadził. Do dziś zadajemy sobie pytanie, skąd np. pomysł NATO BIS, czy jakieś JOINT VENTURE z Rosjanami opuszczającymi Polskę (szczęście i jedno, i drugie pozostało na etapie pomysłów), dlaczego Lechu skonfliktował się ze wszystkimi, a otoczył generałami, dlaczego jego najbliższym współpracownikiem był Mieczysław Wachowski? 
Czy aby przypadkiem nie było tak, że ten grzech współpracy dopiero teraz zaczął się poważnie na nim odbijać?
Zbyszek Bujak powiedział tak:
Nigdy nie mieliśmy wątpliwości, co do współpracy Lecha Wałęsy z SB. Wiedzieliśmy, że do 1976 roku była. Chyba wszyscy wiedzieli o tym od lat. Ja wiedziałem od początku roku 80., jeszcze przed sierpniowym strajkiem. Mieliśmy żelazną zasadę – najwyższe zaufanie mają nie ci, którzy nie mieli nic wspólnego z SB, ale ci, którzy współpracę zerwali. Mając świadomość, że Wałęsa zerwał taką współpracę, wiedzieliśmy, że on jest już zaszczepiony na ich metody działania.  
I myślę, że zarówno druga faza strajku, jak i cały okres wiosny "Solidarności" jest najlepszym dowodem prawdziwości tych słów. Problem zaczął się dopiero wtedy, gdy już tej bezpieki nie było - bo dopiero wtedy mogły się zacząć prawdziwe szantaże - i tych, którzy do swoich szaf poprzenosili różne akta, i tych, którzy niekoniecznie w naszym kraju dostali je na mikrofilmach. Stawką stała się legenda, a to byłaby dla Lecha cena za wysoka. Gdyby sam publicznie wszystko wcześniej ujawnił, nie byłoby szantaży, bo nie byłoby czym szantażować - legenda byłaby zachowana - a tak, tylko problemy.