sobota, 15 września 2012

Razem, czy osobno? (3)


Uwięczeniem ról kobiety i mężczyzny są role męża i żony. Jednak zazwyczaj wkrótce po tym małżonkowie przechodzą do pełnienia kolejnych ról - roli ojca i roli matki.
Tu jednak występuje jedna bardzo istotna różnica - o ile wszystkie inne role każdy kreuje sam, w tym rolę matki kreuje sama matka, o tyle rolę ojca kreuje nie ojciec, lecz także matka!
Dla bardzo małego dziecka jedyną osobą, jaką ono rozpoznaje, jest mama; pozostali nawet jak już się stają rozpoznawalni, stanowią jedynie jakieś bliżej nie określone tło. Dopiero gdy dziecko zauważy, że mama wyróżnia spośród tych wszystkich osób jakąś jedną, konkretną osobę, to i ono zacznie również wyróżniać tę osobę, a jego stosunek do tej osoby zostanie ukształtowany przez stosunek mamy... 
I ta uwaga dotyczy nie tylko tego pierwszego momentu - cały czas stosunek mamy do jej męża kształtuje stosunek dzieci do ojca.
Ojciec stanie się ważny dla dziecka, tylko wtedy, gdy ważny jest dla mamy; jeśli mama lekceważy swojego męża, to dziecko będzie lekceważyć tatę.
Innymi słowy nie jest ważne, jaki jest tata - ważne jest jakim on jest w oczach mamy!
Skrajną sytuacją jest to, gdy mama podważa wszelkie decyzje ojca wobec dzieci. Stając zawsze w obronie dziecka sprawia, że dziecko wyrasta w przekonaniu, że to jego (dziecka) zdanie jest najważniejsze i że z nikim nie musi się liczyć (w tym również z mamą).

Dlaczego o tym piszę?

Dziewczyna musi widzieć w swoim chłopaku chłopa, by mieć dla niego szacunek (dla każdej może coś innego znaczyć, ale widzieć chłopa musi każda); jeśli chłopa w nim nie widzi, nawet jeśli jest w nim zakochana, w jej stosunku do niego zacznie się pojawiać lekceważenie.
A pamiętacie, jak na początku cyklu zwracałem uwagę, że tak powszechne dziś współżycie przed ślubem (i związane z tym zachowania chłopaka czasami wręcz skomlącego o seks) sprawiają, że dziewczyna traci szacunek dla chłopaka? No a później ten stosunek przekazuje dzieciom (nb. utwierdzając się w tym, że on na ten szacunek nie zasługuje, skoro nie potrafił go zyskać nawet u dzieci - klasyczne odwrócenie przyczyny i skutku).

A teraz wróćmy do tego modelu pawłowego - to jednoznaczne ustanowienie, że to mąż jest głową (mimo, iż oboje mają być wzajemnie sobie poddani) pozwala na to, by właściwie została wypełniona rola ojca. W modelu pawłowym to, że to mąż jest głową ani nie uwłacza godności kobiety, ani nie wpływa na to, by jej pragnienia miały być lekceważone (wręcz przeciwnie - jest większa szansa na ich spełnienie, bo ten, kto kocha nade wszystko chce nieść radość osobie kochanej, a gdy jest głową, nie musi walczyć o uznawanie jego potrzeb za ważne - może spokojnie rezygnować ze spełnienia swoich własnych pragnień), za to stwarza znacznie większe szanse na właściwe wypełnienie roli ojca (z korzyścią dla całej rodziny - również dla mamy).

Niczego nie narzucam - wybór zależy od was; ja tylko opisałem mechanizmy, jakie zachodzą po wyborze modelu.

piątek, 7 września 2012

Razem, czy osobno? (2)

W moim przekonaniu największym problemem współczesnego świata (oczywiście pomijam tu wszelkie problemy ekonomiczne, czy polityczne) jest pełnienie odpowiednio roli mężczyzny, lub roli kobiety (i wszystkich pochodnych z rolami matki i ojca na czele). Kryzys w pełnieniu tych ról jest przyczyną kryzysu rodziny. 

Przyjrzyjmy się może, co w tej sprawie głosił św. Paweł:

(21) Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej! (22) Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, (23) bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus - Głową Kościoła: On - Zbawca Ciała. (24) Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom - we wszystkim. (25) Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, (26) aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, (27) aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany. (28) Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. (29) Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus - Kościół, (30) bo jesteśmy członkami Jego Ciała. (Ef 5)

Z tego tekstu każdy pamięta Żony niechaj będą poddane swym mężom ... mąż jest głową żony ..., co od razu prowadzi do etykiety "Toż to czysty seksizm!"

Proszę jednak zwrócić uwagę na pierwsze zdanie: (21) Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej! Pierwsze zdanie jest pierwsze nie przez przypadek, lecz przez to, że jest najważniejsze! To ono określa właściwe relacje między mężczyzną, a kobietą, a dopiero następne uzupełniają je o pewne istotne szczegóły.
A zatem najważniejsze jest to, że zarówno żona jest poddana mężowi, jak i mąż poddany żonie! Taka jest po prostu miłość, że nie szuka swego! (por. 1Kor 13:5) Dla każdego z małżonków współmażonek jest ważniejszy od niego samego! 
I dopiero gdy tak się patrzy, trzeba na to nałożyć dalsze zdania - a więc m.in. to, że mąż jest głową żony. Nie może być dwóch głów - tam gdzie są dwie głowy, tam jest od razu rywalizacja - moje jest ważniejsze od twojego, ja muszę postawić na swoim... A przecież miłość nie szuka swego - pozostawienie dwóch głów to najprostsza droga do tego, by zagłuszyć miłość. 
Jeśli jest jedna głowa, nie ma rywalizacji, a więc również ten, kto jest głową wcale nie musi stawiać na swoim. 
(28) Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. (29) Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje - paradoksalnie więc zdanie żony wędruje wysoko (o wiele wyżej, niż zdanie męża), gdy to tylko mąż jest głową. Mężczyzna uczy się odpowiedzialności! Jeśli podejmie decyzję wbrew woli żony, to wie, że całkowita odpowiedzialność spada tylko na niego. Nie podejmie takiej decyzji, jeśli nie będzie jej całkowicie pewien.
Tymczasem gdy są dwie głowy, mąż będzie się starał pokazać żonie, gdzie jest jej miejsce (i nawet jeśli w duchu będzie przyznawał jej rację, to postawi na swoim), by się jej w głowie nie poprzewracało... 
Rozpisałem to na klasyczny układ ról, ale nie zmienia to ogólności opisu - o ile nie ma z góry założonego modelu, kto jest głową, to wszystko zaczyna się od rywalizacji. Ta rywalizacja po jakimś czasie doprowadza do dominacji jednej ze stron. Ta strona, która zdominowała, będzie postępować tak, by utrzymać swoją pozycję (a więc będzie się upierać przy swoim, choćby nawet w duchu przyznawała rację drugiej stronie) - a to zabija miłość.

Na koniec tej części rozważań, proszę zwrócić uwagę, że tradycyjny model rodziny wbrew temu, co się powszechnie myśli, wcale nie był wypełnieniem modelu sugerowanego przez św. Pawła! Tradycyjny model nie był oparty o miłość (nie ona przecież decydowała o małżeństwie). 

poniedziałek, 3 września 2012

Razem, czy osobno? (1)

Dziś mija dokładnie 6 lat od mojej pierwszej notki (List 0 z Listów o miłości). Z tej okazji chciałem umieścić nową notkę. I to czynię, choć jej nie dokończyłem (stąd ta jedynka w nawiasie - choć nie obiecuję, że będą następne numerki).


W dzisiejszych czasach powszechnym zwyczajem stało się wynajmowanie wspólnego mieszkania przez grupę zaprzyjaźnionych studentów. Sprawa wydawałoby się całkiem prosta - to najlepsza metoda na to, by obniżyć koszty, no a w grupie raźniej i przyjemniej (szczególnie, jeśli grupa nie jest grupą samych chłopaków, lub samych dziewczyn). I tu wcale nie chodzi o seks - w każdym razie doskonale potrafię sobie wyobrazić grupę, która wcale o tym nie myśli.

Mnie to nigdy nie dotyczyło, bo po pierwsze zwyczaj ukształtował się, gdy ja już dawno byłem po studiach - ale nawet gdyby powstał wcześniej, to nie musiałem studiować w obcym mieście. Niemniej nie widziałem w tym nic złego.

Zresztą nie ma większych problemów z tym, by znaleźć podobne podejście samych księży - oto przykład odpowiedzi udzielonej przez Dariusza Kowalczyka SJ 


A jednak w ostatnim okresie Kościół wyraźnie potępił sam fakt wspólnego mieszkania (bez jakichkolwiek kontaktów seksualnych). Argumentacja była podwójna - zgorszenie, jakie z tego płynie dla innych oraz pokusa, jaką to stanowi dla tych właśnie osób.



Przyznaję, że problemu zgorszenia nigdy nie czułem - zasadniczo jest to problem osłabienia tabu dla postaw niepożądanych i wynikającego z tego zagrożenia znajdowania naśladowców. W praktyce jednak to pewna bardzo charakterystyczna postawa, która z tym, co napisałem przed chwilą, nie ma nic wspólnego. Ale skoro we mnie nie ma tego świętego oburzenia, to może jest to znak, iż uległem już temu zgorszeniu?



Jeśli jednak chodzi o pokusę, to takie zagrożenie rzeczywiście istnieje i trudno udawać, że go nie ma. A przecież codziennie mówimy "I nie wódź nas na pokuszenie" (co dokładnie powinno wręcz brzmieć "i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie" Mt 6:13) - a skoro tak, to nade wszystko sami nie powinniśmy się narażać na pokusy.



Nie ma więc grzechu, jednak jego niebezpieczeństwo rośnie.



Ale to jeszcze nic - najgorsze są zmiany w naszym myśleniu.



No bo jak to było kiedyś? - przez całe wieki to napięcie seksualne, jakie powstawało między młodymi mężczyznami, a młodymi kobietami sprawiało, że obie strony pragnęły małżeństwa. Mężczyźni dążyli do tego, by się usamodzielnić tak, by mogli założyć rodzinę, a kobiety szykowały wyprawę, by powoli przysposabiać się do przyszłej roli (zwrócę też uwagę na wyśmianą dziś instytucję posagu, która pozwalała młodym na odpowiedni start w samodzielne życie - dziś rodzice w ratach spłacają ten posag, głośno przy tym krzycząc, że muszą młodym pomagać, bo przecież sami nie daliby sobie rady). 



Obecnie, nie tylko istnieje przyzwolenie obyczajowe dla wspólnego zamieszkiwania, ale również dla stosunków przedmałżeńskich (przynajmniej w odniesieniu do osób, które się kochają). Nie ma więc już takiego mechanizmu. 

Nade wszystko skutkuje to zdecydowanym spadkiem odpowiedzialności (i to w wielu płaszczyznach):
- po pierwsze dziś młody mężczyzna woli pozostawać na garnuszku u mamusi (no bo to wygodniej),
- po drugie wierność traci na wartości (no bo tylko w obliczu nierozerwalności małżeństwa, wierność staje się wartością bezwzględną); wierność do czasu pozostawania w związku, nie stawia już wymagania dochowania wierności drugiej połówce (no bo zakłada właśnie, że ta połówka może się zmienić),
- po trzecie więc zmienia to perspektywę - już nie MY jest najważniejsze, lecz JA (no bo z samego założenia dopuszczam, że to MY może się zmieniać - jedyne, co pewne, to JA, a więc JA staje się ważniejsze od MY),
- po czwarte, im wcześniej dochodzi do spełnienia seksualnego, tym łatwiej o oddzielenie seksu od miłości (no bo ci, którzy byli jednym ciałem, nie dorośli jeszcze do miłości, a więc w ich przypadku seks nie jest ukoronowaniem miłości, lecz czymś od niej niezależnym),
To wszystko wiąże się z odpowiedzialnością. Ale jest i drugi aspekt - manipulacja! Seks zawsze, ale szczególnie poza małżeństwem, może się stać przedmiotem manipulacji ("dostaniesz jeśli..."). Już sam fakt manipulowania świadczy o braku miłości (a w każdym razie o jej niedojrzałości). Ale jest  w tym jeszcze coś - mężczyzna, który poddaje się tej manipulacji, w oczach kobiety traci coś ze swojej męskości!

sobota, 25 sierpnia 2012

Abba, Ojcze!

Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (Ga 4:4-7)




wtorek, 21 sierpnia 2012

Antykoncepcja - podsumowanie


Może spróbuję podsumować. Ta wymiana zdań nie doprowadziła u nikogo do jakiejkolwiek zmiany spojrzenia - ci, którzy byli zwolennikami środków antykoncepcyjnych, są nimi nadal i ci, którzy dostrzegają piękno miłości, w której tych środków się nie stosuje, nadal tego piękna pragną w swoim życiu. Bardzo charakterystyczny moment tej dyskusji pojawił się wówczas, gdy Zbyszek zaczął tu rozsiewać demagogiczną propagandę o zezwierzęceniu osób, stosujących metody naturalne - bardziej piramidalnej bzdury nie da się wymyślić. A jednak tylko Barbara się od tego odcięła.

O czym to świadczy?

Wg mnie o tym, że tu wcale nie walczyły ze sobą racje, lecz walczyły emocje! Bingo można wykrzyknąć tylko wtedy, gdy to emocje biorą górę. Wystarczy to określenie zestawić z faktem, iż właśnie ta metoda wymaga okresowej wstrzemięźliwości, by dostrzec bzdurność tego stwierdzenia - gdy więc tego się nie widzi, to jest wręcz oczywiste, iż w tym momencie umysł w ogóle nie pracuje - okrzyk bingo, to tylko okrzyk radości ale mu przywalił... 
Nie obrażam się na ten okrzyk; przykro mi tylko było, gdy Zbyszek nie chciał przeprosić Agnieszki i Reni (popełniłem błąd usuwając całkowicie jego komentarze, bo w ten sposób usunąłem ślad, że na tę moją prośbę Zbyszek odpowiedział - tyle, że inaczej, niż go prosiłem).
Józef cały czas powtarzał, że pewnie przyjdzie taki czas, w którym Kościół zacznie tolerować środki antykoncepcyjne... Obawiam się, że ma rację. Oczywiście nie oznacza to, że problemy etyczne daje się rozwiązać za pomocą plebiscytu - jestem głęboko przekonany o słuszności tego wszystkiego, co tu pisałem (a więc w konsekwencji, że człowiek sam się krzywdzi, stosując środki antykoncepcyjne), ale skoro w gronie myślących ludzi nie daje się przemówić tak, by ci ludzie w takiej dyskusji nie reagowali emocjonalnie, lecz by zaczęli przyjmować argumenty, to co można zrobić w szerszym gronie, ludzi nie tak wybranych? 
Jestem przekonany, że Kościół nigdy nie powie, że nie ma niczego złego w środkach antykoncepcyjnych (bo jest), ale nie wykluczam, że przewidywania Józefa mogą się okazać trafne - ten temat przycichnie.

A swoją drogą, to bardzo ciekawe, że nikt nie wszedł w polemikę z Agnieszką - jej wypowiedź była świetna, a kompletnie przemilczana... 

czwartek, 16 sierpnia 2012

Antykoncepcja

Przy okazji poprzedniej notki wypłynął jeszcze jeden temat powszechnie zaliczany do zakresu etyki seksualnej - problem antykoncepcji.

Napisałem wtedy - istotą sprawy jest to, że 
  • skoro naszym celem jest zjednoczenie się z Miłością, 
  • skoro nasze życie tu na ziemi służy tylko temu, byśmy nauczyli się kochać, 

to i nasz początek powinien być z miłości 
  • no i jest, o ile tylko nasza mowa ciała nie jest kłamstwem. 

A więc Bóg tak to wymyślił, by to, co w mowie ciała jest najpełniejszym wyrazem miłości, mogło stanowić początek nowego życia. 

Zwracam jednak uwagę, że to nie my decydujemy o poczęciu - my możemy pragnąć poczęcia, lub przeciwnie wolelibyśmy go uniknąć, ale to nie my o tym decydujemy. Decyduje zawsze Bóg! 

Od nas oczekuje za to trzech rzeczy:
  • mamy być gotowi do przyjęcia nowego życia,
  • mamy otoczyć je miłością,
  • oraz mamy podjąć się roli pierwszych nauczycieli miłości.

Bóg jest dawcą życia - dał nam wielką wolność, ale sobie pozostawił prawo decydowania o naszym życiu - zarówno o jego początku, jak i o jego zakończeniu tu na ziemi. Wszystkie poglądy, które to naruszają i przypisują człowiekowi te prawa, są z punktu widzenia wiary nie do przyjęcia. 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? - bo właśnie temu wszystkiemu przeciwstawia się antykoncepcja! Bóg jest jedynym dawcą życia, a my chcemy zająć jego miejsce - to my chcemy decydować o poczęciu.

W konsekwencji ginie w nas ta gotowość do otoczenia miłością życia, które Bóg powoła. Nie brakuje nawet takich, którzy chcielliby wytoczyć proces, jeśli jakiś środek antykoncepcyjny zawiedzie! 
Sami chcemy planować nasze życie, a nie szukamy woli Bożej (co najwyżej oczekujemy od Boga, że będzie wspierał nasze plany).

O środkach antykoncepcyjnych mówi się w kontekście etyki seksualnej, a tak na prawdę problem dotyczy bezpośredniej relacji człowieka z Bogiem. Zwolennicy antykoncepcji to zarazem ci, którzy chcą wydzierać Bogu te prawa, które Bóg pozostawił sobie - chcą stawiać się w miejscu Boga. Brakuje im pokory w przyjmowaniu woli Bożej. Nie szukają jej, lecz chcą Bogu narzucić swoją wolę...

niedziela, 12 sierpnia 2012

Pytanie Klary


Na blogu s. Małgorzaty Klara zadała następujące pytanie:
Dobrze. To ja mam na koniec pytanie. Dlaczego wolno mi kochać innego mężczyznę i żyć z nim, byle nie współżyć fizycznie? Tym samym Kościół przyznaje palmę pierwszeństwa seksowi, a nie miłości! Co za obłuda! To seks przekreśla takiego "nieprawego" małżonka, a nie miłość! Pytam, co jest ważniejsze, seks czy więź duchowa? Mogę nie kochać mojego "kościelnego" męża, mogę kochać innego i to nie jest w oczach Kościoła zdradą, bo mogę przystępować do komunii! To pachnie schizofrenią albo kompletnym odwróceniem wartości - wbrew temu, co jest głoszone.
Prowadziłem w związku z tym pytaniem korespondencję i z Klarą, w której próbowałem wytłumaczyć, w czym problem (obawiam się, że mało skutecznie), ale korespondowałem również z s. Małgorzatą, która widziała to pytanie, jednak uznała, że odpowiedź na nie wymaga oddzielnej notki. Tymczasem póki co starała się umieścić na blogu poszczególne nauki z rekolekcji, więc zaproponowała nawet, bym to ja napisał notkę. Przyznaję, że odpowiedziałem, iż to kompletnie bez sensu, bo swoją notką bardziej zaszkodzę, niż pomogę.
Z drugiej jednak strony po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że być może Pan specjalnie zaaranżował tę sytuację, bym jednak nie kończył pisania?

Może więc tu publicznie przedstawię to, co w tej sprawie myślę.

Podstawowy problem w moim przekonaniu bierze się ze źle postawionego pytania. Zacząć trzeba od czego innego - od odpowiedzi na pytanie, dlaczego KK nie dopuszcza stosunków pozamałżeńskich?
Nade wszystko trzeba zauważyć, że są tu dwa odrębne przypadki:

Pierwszy, który jak sądzę, jest dla wszystkich zrozumiały, dotyczy sytuacji zdrady - która zawsze wiąże się z krzywdą osoby zdradzonej - to jej świat w takiej sytuacji rozpada się, jak domek z kart... A to wystarczający powód, by nie mieć wątpliwości, iż jest to moralnie naganne.
Drugi przypadek dotyczy zakazu stosunków przedmałżeńskich; wydaje mi się, że jest on zrozumiały, gdy te stosunki nie są wyrazem miłości - przedmiotowe traktowanie partnera/partnerki jest również powszechnie odrzucane (choć niestety i to się zmienia).

Najmniej zrozumiały jest zakaz stosunków przedmałżeńskich, gdy wypływają one z miłości, gdy wyrażają tę miłość w mowie ciała. Ten zakaz jest powszechnie odrzucany (i przyznaję, że w swej młodości również go odrzucałem). Rzecz w tym, że najczęściej nie ma w tym niczyjej krzywdy (może nie do końca to prawda, ale zostawmy już takie subtelności)...
Problem się zaczyna dopiero wtedy, gdy ci, którzy byli pewni, że będą ze sobą już do końca swoich dni, po jakimś czasie jednak się rozchodzą w różne strony, nawet zanim zdążyli się pobrać... Bycie ze sobą jednym ciałem, pozostawia trwały ślad - krzywda osoby porzuconej, gdy była "jednym ciałem", jest nieporównywalnie większa, niż gdy nie była (to jest jakościowo inny poziom krzywdy). 
Zawsze w takim kontekście zwracam uwagę na drobny szczegół w anatomii kobiecego ciała. Tak to Bóg wykombinował, by ludzie od zarania dziejów (jeszcze na grubo przed powstaniem psychologii) wiedzieli, że nie da się być jednym ciałem przez chwilę, a potem się rozdzielić; dziś już oczywiście wiemy, że to, co się wtedy dzieje, nade wszystko dotyczy psychiki (a ten szczegół nie ma w ogóle żadnego znaczenia), ale dzięki niemu człowiek wiedział, że takie wyrażanie miłości w mowie ciała, jest nieodwracalne, nierozerwalne.
A więc nie wystarczy przeżywanie nierozerwalności w warstwie emocjonalnej ("my się kochamy i chcemy być na zawsze razem") - konieczna jest wola tej nierozerwalności (a więc małżeństwo traktowane, jako nierozerwalne).

Rzeczywisty obraz jest jeszcze bardziej skomplikowany (to te subtelności, które zostawiłem), bo seks zawsze stanowi pokusę do manipulowania ludźmi - i jest to szczególnie jaskrawe poza małżeństwem; utrudnia więc zbudowanie właściwych relacji nawet między prawdziwie kochającymi się ludźmi. Ale to już zostawmy (bo to jednak tylko subtelność) - warto jednak przyjrzeć się temu, co pisały i Agnieszka i Agata, które razem ze swoimi chłopakami wybrały model czystości do ślubu; po pierwsze to jest dowód, że tak się da, a po drugie dowód, ile dodatkowej siły daje to w związku! (linki na ich blogi można znaleźć w mojej linkowni)
Oczywiście wiem, że taka krzywda, o jakiej piszę, jest dziś bardzo powszechna, a ludzie jakoś sobie z tą krzywdą dają radę - to prawda, ale przykład Agnieszki i Agaty, to dowód, że zdecydowanie lepiej jest się w ten sposób nie krzywdzić. 

Powróćmy teraz do pytania Klary. Pierwsze, co powinniśmy zauważyć, to to, iż przypadek porzuconej żony, która po latach pokochała kogoś innego  i z którym nie może współżyć, o ile chce przystępować do komunii, to ostatni z omawianych przypadków. Nie chodzi więc tu o to, że to by była zdrada męża-niemęża, dla którego od samego początku to małżeństwo nie było nierozerwalne, lecz o to, że tych dwoje nie jest małżeństwem.

W moim ujęciu spraw podstawowym warunkiem jest to, by miłość harmonijnie przeżywać całym sobą. Jeśli przyjmiemy, że człowiek, to jego emocje, jego wola i jego ciało (ale dobry by był dowolny inny podział), to ważne, by miłość w żadnej ze sfer nie wyprzedzała w pozostałych. To nie wystarczy mówić "My już na zawsze razem" (czyli przeżywać nierozerwalności małżeństwa w warstwie emocjonalnej), by móc w mowie ciała wyrażać tę miłość w jedności ciał - do tego konieczne jest jeszcze oświadczenie woli nierozerwalności (a więc zawarcie związku sakramentalnego). Póki to nie nastąpi - jest to niemożliwe. 
Jeśli tych dwoje podjęło już konkretne kroki dla unieważnienia małżeństwa, to można uznać, iż jest to odpowiednik oficjalnie ogłoszonego narzeczeństwa. A więc i wyrażanie miłości w mowie ciała, powinno pozostawać w harmonii z tym stanem. 
Jeśli jednak nawet takich kroków tych oboje nie podjęło, to taki przypadek, to zwykłe chodzenie - a więc i w mowie ciała niewiele jest do powiedzenia.

Odnoszę wrażenie, że Klary nie przekonałem, ale może znajdzie się ktoś, komu jednak pomogłem w ułożeniu sobie spojrzenia na całość tych spraw? - bardzo bym tego chciał...