sobota, 15 marca 2014

Moherkowe wątpliwości

Moherek od wieków do mnie nie zagląda, ale ja trafiłem na taki jej wpis u Barki:

11 marca 2014 o 17:33
Kochani! czytaliście?!
Kardynał Kasper: tak dla komunii dla rozwodników w nowych związkach
Cała argumentacja, którą kardynał podaje wydaje mi się Dosłownie Diabelska! A przecież to mówi Kardynał!

Zajrzałem do tego artykułu i choć bardzo rzadko tam się odzywam, tym razem zrobiłem wyjątek:

11 marca 2014 o 22:09
...
Wydaje mi się, że do tego tekstu należy podchodzić ze spokojem. Nade wszystko to jest wersja onetowa, a nie sam wywiad – nie wiemy co, tak na prawdę ten kardynał powiedział.
Po drugie sam problem jest rzeczywistym problemem, wymagającym jakiegoś rozwiązania. 
... co mają zrobić ci porzuceni – a nade wszystko te porzucone? Czy nie sądzisz, że jeśli spotykają miłość, to tę miłość zesłał nie kto inny, lecz sam Bóg? Ja co prawda nadal twierdzę, że taka miłość jest Bożym wezwaniem do tego, by dawać siebie również temu współmałżonkowi – także temu, który porzucił, ale doskonale rozumiem tę tęsknotę za EUCHARYSTIĄ i wcale nie jestem pewien, czy w pewnych okolicznościach dotychczasowy zakaz nie mógłby był złagodzony. Przecież każdy, kto często przystępuje do komunii, właśnie z niej czerpie moc; a czego moc ma czerpać ta przed laty porzucona żona, w której Pan rozbudził nową miłość?

Odpowiedź Moherka była następująca:

12 marca 2014 o 16:07
...
Masz rajcę, że wersja onetowa może być odmienna od tego co kardynał powiedział. Nie zmienia to faktu, że w Kościele Katolickim jest duża grupa kapłanów, która popiera Komunię Św dla rozwiedzionych. Gdyby robił to kardynał- było by to moim zdaniem szczególnie mocnym ciosem w nauczanie Pana Jezusa o nierozerwalności małżeństwa.
Poczytaj argumentację O Salija (na stronie: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/szukajacym_drogi/rozwod.html ).
Co do Twojego zapytania ..”a z czego moc ma czerpać ta przed laty porzucona żona, w której Pan rozbudził nową miłość?” odpowiedziałabym, że to uczucie to nie jest miłością ale pokusą wystawiającą na próbę miłość małżeńską tej kobiety i jej wierność Panu Bogu. I moc do zwalczenia tej pokusy ma ona czerpać z wierności przysiędze jaką złożyła swojemu mężowi przed laty i umacniać się w tej wierności przyjmując często Komunię Św. Odwracanie sytuacji tak, że:
porzucona kobieta wiąże się z innym mężczyzną i by być wierną Bogu potrzebuje umocnienia w postaci Komunii Św. -jest zakłamaniem. A przyjęta w ten sposób Komunia Św jest świętokradztwem.
Tak uważam. Po przeczytaniu wyjaśnień O. Salija dochodzę do wniosku, że on tez tak uważa.
pozdrawiam serdusznie:)

Przeczytałem o. Salija (i każdego zachęcam) i odpowiedziałem:

12 marca 2014 o 23:03
Moherku, zacznę od rzeczy najważniejszej – jak najbardziej jestem przekonany o tym, że małżeństwo jest nierozerwalne i w najmniejszym stopniu nie zamierzam tego kwestionować. 
...
Natomiast z drugiej strony wiem (i wiem to na pewno), że miłość, jaka czasami się rodzi w podobnych okolicznościach, bywa autentyczną miłością. Zapewne najczęściej jest zwykłym pożądaniem, ale w końcu nie o częstość chodzi – ważne, że bywa to autentyczna miłość, którą zesłał nie kto inny, lecz sam Bóg, bo tylko On jest źródłem miłości. Nie może zresztą dziwić, że tak bywa – w końcu po to mamy życie dane nam tu na ziemi, by nauczyć się kochać (inaczej nie moglibyśmy się zjednoczyć z Panem), a jak mamy się uczyć kochać inaczej, niż kochając? Miłości można się uczyć, tylko przeżywając miłość.
Tak, jak pisałem w “Listach”, miłość jest Bożym wezwaniem do tego, by dawać siebie osobie, którą się kocha; przy czym to dawanie musi być adekwatne do tego, kim jestem ja i kim jest ta osoba, którą kocham. A to w moim odczuciu całkowicie wyklucza możliwość jakiegokolwiek “drugiego” małżeństwa – mąż jest mężem, a żona, żoną i nawzajem cały czas pozostają dla siebie pierwsi. Ale jednak wyobrażam sobie, że Pan może zesłać na takich ludzi miłość do kogoś innego. Nie upoważnia do w najmniejszym stopniu do współżycia – współżycie w takim związku jest grzechem! Przeżywanie miłości w którejkolwiek ze sfer nie może wyprzedzać przeżywania jej w pozostałych – taki związek nie jest nierozerwalny w sferze woli (bo taki jest tylko w sakramentalnym małżeństwie), więc nie może być takim w mowie ciała. I oboje muszą mieć tego świadomość – ale wcale nie uważam, by tę miłość mieli traktować jako pokusę. Pokusą jest chęć współżycia – mimo, iż taka chęć może wydawać się oczywista; jednak nie jest nią miłość – skoro Pan im na nich wskazał nawzajem, to po to, by nawzajem uczyli się miłości.
Wydaje mi się, że cały czas akcent kładzie się na zgorszenie, jakie niby z takich związków płynie, zamiast przyglądać się owocom ich miłości. Skoro Bóg zsyła na kogoś miłość, to przecież po to, by tych ludzi zbawić! Czy nie wydaje Ci się przesadzone, że ludzie, którzy starają unikać grzechu i którzy mają świadomość grzechu, gdy go popełnią, nie mają nawet prawa do spowiedzi – a wszystko w imię zgorszenia, jakie by płynęło z faktu, gdyby je mieli? A tymczasem nie brakuje przykładów rzeczywistego zgorszenia, które jednak nie rodzi takich konsekwencji.

Nie przekonałem Moherka - odpowiedź była krótka (aż za krótka, bo nie zawierała argumentacji), ale stanowcza:

14 marca 2014 o 18:18
Leszku – ja nie jestem żadnym ekspertem od miłości. Mam tylko własne zdanie, z którym tu się dzielę. Miłość obejmuje Całego człowieka a nie tylko jedną sferę (i tu się zgadzamy). Wszystkie te „sfery” kochania należą do żony (męża). Kochanie innej kobiety (mężczyzny) nawet jeśli zachowana jest wstrzemięźliwość seksualna) jest pokusą i w moim odczuciu formą niewierności wobec współmałżonka. I możesz tu sobie mówić -cytuję Cię..” dawać siebie osobie, którą się kocha; przy czym to dawanie musi być adekwatne do tego, kim jestem ja i kim jest ta osoba, którą kocham”..ale jest to właśnie oddanie innej osobie niektórych „sfer” miłości -tak je w skrócie nazwijmy -należnych współmałżonkowi. To jest według mnie nic innego jak „rozmawianie” z szatanem.

Zabrakło mi w tej wypowiedzi jakie to sfery są należne jedynie i wyłącznie mężowi. Najciekawsze jest to, że wcześniej sama pisała o tym, że takie pary przy zachowaniu wstrzemięźliwości mają prawo przystępować do Komunii - a tu się okazało, że to jednak rozmawianie z szatanem. 
Miałem wątpliwości, czy kontynuować tę dyskusję, bo moje wypowiedzi, bym był dobrze zrozumiany stają się co raz dłuższe, a i tak obawiam się, że kolejna odpowiedź będzie aż tak lakoniczna, iż tak na prawdę żadnej dyskusji nie będzie. Jednak napisałem:

14 marca 2014 o 23:09
Moherku, ale jeśli porównać to, co Ty mówisz, z tym dokumentem Diecezji Tarnowskiej, który przedstawiła Anna, to Twoje stanowisko jest ostrzejsze. W moim przekonaniu ten dokument jest przeformalizowany (a przez to nieżyciowy) oraz przypisujący nadmierną wagę zgorszeniu (do czego wrócę), ale jednak dopuszcza przystępowanie do komunii przy zachowaniu wstrzemięźliwości płciowej (no i oczywiście uznaniu samego faktu, że małżeństwo wcześniej zawarte nadal trwa). Mogłabyś mi wytłumaczyć na czym konkretnie polega w takim przypadku naruszenie sfer należnych współmałżonkowi? O czym konkretnie myślisz?
Wyobraź sobie, że to akurat Tobie tak się ułożyło życie, że Twój mąż po kilku latach małżeństwa odszedł do młodszej, zostawiając Ciebie z gromadką dzieci. Nigdy się nimi nie interesował, nawet alimentów nie chciał płacić. Szczęśliwie (wg mnie – a nieszczęśliwie wg Ciebie) znalazł się jednak jakiś porządny facet, który pomógł Ci podźwignąć się z tego, który otoczył miłością Twoje dzieci, przy którym życie i Twoje, i Twoich dzieci całkowicie się odmieniło. I teraz do tego dodaj narastającą w was świadomość, że jednak tamten pierwszy cały czas jest Twoim mężem i że nic (poza śmiercią) tego nie zmieni. Oboje godzicie się na to, by zachowywać wstrzemięźliwość, bo macie świadomość tego, że nie jesteście mężem i żoną…
I teraz proszę powiedz mi, na czym polega Twoje naruszenie sfer należnych małżonkowi, gdy Ty w takich okolicznościach nie odchodzisz ze swoimi dziećmi od tego, który kocha i Ciebie i Twoje dzieci (i dla których de facto jest ojcem)?
Czy przypadkiem nie stawiasz sobie zbyt wielkich wymagań? Czy jesteś pewna, że Pan wolałby, żeby te dzieci wychowywała ulica (no bo jak byś odeszła z gromadką dzieci, to sama musiałabyś utrzymać całą rodzinę i swoim dzieciom nie mogłabyś poświęcać tyle czasu)? Czy jesteś pewna, że wolałby, abyś zamknęła się w poczuciu wyrządzonej Ci krzywdy i abyś taki obraz świata kształtowała u swoich dzieci?
Bóg jest Miłością i każdego z nas chce nauczyć kochać. Mało – On od każdego oczekuje, że będzie nauczycielem miłości!

Na koniec wróćmy do tego zgorszenia.
Obawiam się, że dziś to jest już pojęcie nadużywane. Myślę, że widząc wokół siebie takich, jakich ja opisałem, byś się wczuła w ich sytuację, sama byś im kibicowała, ciesząc się choćby z tego, że te dzieci wyrastają na porządnych ludzi. Wyrazy zgorszenia słyszałabyś za to od ludzi o mentalności faryzejskiej. Rzeczywiście są tacy ludzie, dla których nie jest ważne, co się dzieje czyiś sercach – są gotowi oskarżać, gdy tylko jest choćby najmniejszy cień podejrzeń. Ale przecież Jezusowi nie o takie zgorszenie chodziło. Michał Piróg, gdy mówił, jakie to miał szczęście, gdy będąc chłopcem na swojej drodze spotkał pedofila, mimo woli przedstawił najczęstszą drogę do homoseksualizmu – to m.in. o takim zgorszeniu mówił Jezus. Zgorszeniem nie jest oburzenie faryzeuszy – zgorszeniem jest to, gdy ktoś staje się gorszy (trzymając się źródłosłowu – ale ściślej, gdy komuś wykrzywia się jego życie). Temat pedofilii w Kościele jest wyolbrzymiany i ja w żadnym wypadku nie chcę się przyłączać do tego chóru (bo to nie mój chór), ale nawet mając świadomość, że to w gruncie rzeczy problem marginalny, nie sposób zrozumieć, dlaczego mimo niewątpliwego zgorszenia płynącego w podobnych przypadkach, ci gorszyciele mogą nadal odprawiać Mszę Świętą, a więc i przyjmować Ciało i Krew Chrystusa, a tymczasem ci, którzy w danym czasie dochowują wstrzemięźliwości płciowej, ale nie dopełnili wszystkich wymogów formalnych, nie mogą przyjąć Jego Ciała?

Jak tylko Moherek mi odpowie (jeśli odpowie) dopiszę tę odpowiedź.

sobota, 8 marca 2014

Kuszenie Ewy

(1) A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? (2) Niewiasta odpowiedziała wężowi: Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, (3) tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli. (4) Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! (5) Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. (6) Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią, a on zjadł. (7) A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. (Rdz 3, 1-7)
Warto się przyjrzeć temu, jak przebiegało kuszenie. Nade wszystko zwracam uwagę na fakt, iż szatan wiedział, jaki był zakaz Pana Boga, a jednak zapytał tak:
Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?
Dlaczego tak pytał, skoro wiedział, że zakaz był inny?
Odpowiedź prosta - bo w ten sposób mógł sprowokować Ewę do dialogu. 
Szatan nie może nic uczynić wbrew człowiekowi - to człowiek podejmuje decyzję. Ale by tę decyzję podjął zgodnie z myślą szatana, szatan musi najpierw sprowokować do dialogu.

Tak szatan dział wobec Ewy, ale dokładnie tak samo działa wobec każdego z nas.

sobota, 1 marca 2014

Nie sądźcie przedwcześnie...

(1) Niech więc uważają nas ludzie za sługi Chrystusa i za szafarzy tajemnic Bożych. (2) A od szafarzy już tutaj się żąda, aby każdy z nich był wierny. (3) Mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będę osądzony przez was, czy przez jakikolwiek trybunał ludzki. Co więcej, nawet sam siebie nie sądzę. (4) Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią. (5) Przeto nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamysły serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę. (1 Kor 4,1-5)
Tak, sumienie mi wprawdzie niczego nie wyrzuca, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia - pytaniem, które nieustannie do mnie wraca, a na które nie znam odpowiedzi, jest to, jak moje Listy wpłynęły na życie ich adresatki? Mogły pomóc w przeżywaniu jej miłości ostatniej, ale mogły też stać się udręką - wiecznym czekaniem i wiecznym niespełnieniem...
Jakże więc ważne są dla mnie słowa nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamysły serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę. 

sobota, 22 lutego 2014

Miłujcie waszych nieprzyjaciół

(38) Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! (39) A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu: lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. (40) Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. (41) Zmusza cię ktoś, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. (42) Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. (43) Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. (44) A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, (45) abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. (46) Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? (47) I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? (48) Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.

Czekałem na nową notkę, licząc na zupełnie nowy temat. Tymczasem nie jest to takie łatwe - nie mam w realnym życiu nikogo, kto by mnie nienawidził (a w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo), a więc muszę odnosić się do świata wirtualnego. No a tu osobą, która najsilniej deklaruje do mnie nienawiść jest M.
Oczywiście nie będę wchodził w tego przyczyny - bo nie chcę już o niej pisać, lecz powinienem przyjrzeć się swojemu stosunkowi do niej.
To, że nie ma we mnie choćby cienia nienawiści, mam nadzieję, że każdy widzi - nikt nie znajdzie choćby jednego słowa np. poniżania, a tym bardziej pogardy... I nie wynika to z tego, że muszę się hamować - po prostu nic z tego we mnie nie ma.
Ale to nie oznacza,  że te relacje są bezproblemowe. M cały czas wypisuje zaczepne komentarze, które muszę usuwać. Nie czuję się wtedy dobrze - to nie powinna być moja rola, nie czuję się dobrze, jako cenzor. Zdecydowanie wolałbym rozmawiać - ale do rozmowy potrzebna jest wola obu stron. Skoro jej nie ma, to nie mam wyjścia - muszę być cenzorem.
I w żadnym wypadku nie jest tak, bym M potępiał w czambuł - nie mogę mieć zaufania do tego, co mówi, ale jednak nawet dostrzegając jej nieczyste intencje, potrafię zauważyć, że generalnie mówiła prawdę. Paradoksalnie więc to, że sama siebie obciążała, potwierdzało to, że w głównych tezach przekazywała prawdę.
Ona skora jest każdego potępiać (vide jej stosunek do Alby), jednak ja jej nie potępiam. Czy jednak zrobiłem dość, by wydobyć z niej dobro, które na pewno w niej jest - niestety nie. Z tym kompletnie sobie nie radzę.



sobota, 15 lutego 2014

Niech wasza mowa będzie: Tak, tak

(33) Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi. (34) A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie – ani na niebo, bo jest tronem Boga; (35) ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. (36) Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nawet jednego włosa nie możesz uczynić białym albo czarnym. (37) Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.

Nie tak dawno na zaprzyjaźnionym blogu pojawiła się pewna osoba i zaczęła oskarżać jednego z blogowiczów o to, że jest onetowym mącicielem, którego zadaniem jest mącenie w głowach młodych ludzi i zasiewanie w nich liberalnych stereotypów. Oskarżenie to w żadnym wypadku nie przekraczało żadnych dopuszczalnych granic i ten poziom utrzymywało w kolejnych wymianach zdań, w których oskarżycielka zadawała oskarżonemu pytanie kim ty jesteś i zapowiadała, że w każdej chwili może to ujawnić. Wymiana zdań stawała się co raz bardziej nerwowa, aż w końcu oskarżany wybuchnął:

Jesteś nie tylko wredną dewotką szerzącą podłe kłamstwa, oszczerstwa i insynuacje, ale zwykłym internetowym śmieciem, zasmradzającym jedynie blog [i tu nick autorki bloga].

I teraz rodzi się pytanie o granice dopuszczalnych oskarżeń. W powstałej po tym pyskówce zdecydowanie broniłem Oskarżycielki - zwracałem uwagę, że obowiązkiem każdego wierzącego jest w pierwszej kolejności napomnieć grzesznika, by się opamiętał, a jak można to czynić w dzisiejszym anonimowym świecie, w którym stykamy się z różnymi ludźmi jedynie w przestrzeni wirtualnej? Jedyna szansa, to właśnie takie wiem coś, ale nie powiem... Rozumiem, że to może być denerwujące, ale czy są szanse na jakikolwiek inny sposób upominania?
Oskarżająca mówiła zresztą, że ujawni swoją wiedzę, ale nie publicznie - oskarżany zapowiadał możliwość wytoczenia procesu o zniesławienie, a więc to oczywiste. Gdy jednak zacząłem się upominać o spełnienie tej zapowiedzi, to okazało się, że to ja jestem ordynarny i chamski w słowach (choć żadnych takich słów nie było), a nawet miałem okazję przeczytać:

I nie pozwolę, żeby taki ktoś jak ty wycierał sobie gębę takim człowiekiem jak [i tu nick oskarżanego]

I teraz rodzi się pytanie, czy jednak nie jest jednak tak, że w podobnych sytuacjach należy ostro reagować i usuwać zarówno wypowiedzi oskarżającej (jeśli za oskarżeniami nie stoją jakieś fakty), jak i oskarżanego (który, gdy nie ma jak się bronić, sam się rzuca jak wściekły pies)?

(37) Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.


sobota, 8 lutego 2014

Wy jesteście solą ziemi

(13) Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. (14) Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. (15) Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. (16) Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.

No właśnie, co zrobić, jeśli sól utraci już swój smak (co oczywiście odnoszę do siebie)

niedziela, 2 lutego 2014

Święto Ofiarowania Pańskiego

Dzisiaj zamierzałem w końcu napisać nową notkę - szczególnie, że to wypada w dniu Ofiarowania Pańskiego. Ostatnia notka była na Trzech Króli, więc pierwsza po przerwie powinna być właśnie na Matki Boskie Gromnicznej (jak to w tradycji ludowej nazywane jest to święto).
Okazało się jednak, że nie potrafię. Kompletna blokada.

To przecież prawda, co mówi Marek Jan, że na blogu s. Małgorzaty nikt za mną nie tęskni. Innymi słowy to tylko mnie się wydaje, że piszę rzeczy ważne, innym potrzebne - absolutnie tak nie jest. To, co mnie wydaje się ważne, konieczne do zrozumienia, by sensownie żyć, w oczach innych jest głupotą, napinaniem się, czymś, co z życiem nie ma nic wspólnego... Do świadomości innych przemawia to, co mówi Marek Jan, a nie to, co ja mówię... Jestem bezużytecznym sługą...

"Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu" (Łk 2,34)